O polityce, społeczeństwie i gospodarce...

O polityce, społeczeństwie, gospodarce i ludzkiej duszy...

"Wśród ludzi rozpowszechnił się głupi zwyczaj mówienia o ortodoksji jako o czymś ciężkim, nudnym i bezpiecznym. A przecież nigdy nie istniało nic bardziej niebezpiecznego i podniecającego niż ortodoksja" G. K. Chesterton

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Rachunek sumienia

Byłem wczoraj na uroczystym pogrzebie płk. [już] Zygmunta Szendzielarza. Wielka, antykomunistyczna i patriotyczna demonstracja. Ostatecznie, wszystkie te lata i zabiegi ujarzmiania polskiego narodu, terror, mordowanie elit, zwalczanie szlachetności, premiowanie zaprzaństwa, to wszystko okazało się nieskuteczne.

Odzyskiwanie podmiotowości, nawet jeśli tylko duchowej, jest doskonałym momentem do zrobienia porządnego rachunku sumienia. Zastanówmy się czy wszystkie wybory naszych przodków były tak szlachetne jakbyśmy tego chcieli. Czy rzeczywiście byliśmy tylko ciemiężeni, a nigdy żeśmy nie ciemiężyli?

Czy w Traktacie Ryskim nie oddaliśmy, w imię postrewolucyjnej, ciasnej ideologii nacjonalistycznej, setek tysięcy naszych rodaków, oraz milionów braci naszych Białorusinów na pastwę bezbożnego i krwiożerczego komunizmu?

Czy w dwudziestoleciu międzywojennym, rękami bezmyślnej administracji nie niszczyliśmy chrześcijańskich (prawosławnych) kościołów? Czy nie chcieliśmy siłą narzucać języka ich nabożeństwa?

Czy wreszcie godzi się w odwecie zabijać niewinnych ludzi? Czy jest to działanie godne łacińskiego katolika, tak miłującego sprawiedliwość i chrześcijańskie miłosierdzie?

Czy zbrodnie wojenne dokonane przez jakiegoś przedstawiciela innego narodu dają nam moralne prawo abyśmy dokonali zbrodni na innych przedstawicielach tego narodu?

Nie ma takich okoliczności, takich motywów politycznych, strategicznych, moralnych, które mogłyby usprawiedliwić takie działanie.

Otóż, jeśli chcemy być moralnym przewodnikiem innych, jeśli chcemy stać na czele narodów naszego regionu, tedy musimy pierwsi uderzyć się w piersi i krzyknąć: "Prosimy o przebaczenie!".

Prosimy o przebaczenie, za każdą zbrodnię, każde zabójstwo niewinnego człowieka, dokonane przez naszych przodków, bez względu na motywy jakimi się kierowali. Jeśli czcimy ich pamięć to ze względu na ich zasługi walki o wolną i katolicką Polskę. Za zbrodnie przepraszamy. Chcemy być dziedzicami szlachetności, wyrzekamy się "ludzkiej sprawiedliwości" praktykującej odpowiedzialność zbiorową. Potępiamy morderstwo każdego cywila, każdej kobiety, każdego dziecka zabitego z rąk polskiego żołnierza.

Albowiem, jeśli tego nie uczynimy dziś, jeśli nie uderzymy się w piersi świadomi naszej grzeszności, cóż nas uchroni przed bestialstwem w godzinie próby?

środa, 2 marca 2016

Sakrament Małżeństwa w odwiecznej nauce Kościoła cz. 1

Pierwszym celem małżeństwa wg. odwiecznej nauki Kościoła jest zrodzenie i wychowanie potomstwa. Problemem współczesnego "przepowiadania", tj. praktyki pastoralnej jest zrównanie z tym najważniejszym celem celu podrzędnego, mianowicie wzajemnego dobra małżonków. Zrównanie tych dwóch celów jest właściwie detronizacją pierwszego celu. Wzajemne dobro małżonków w posoborowym Katechizmie Kościoła Katolickiego wymieniane jest pierwsze w kolejności, równorzędnych jakoby celów małżeństwa(1). W praktyce pastoralnej jednak dobro małżonków wyraźnie stawiane jest na pierwszym miejscu, a zrodzenie i wychowanie potomstwa jest celem drugorzędnym. Bo gdyby było inaczej, czy moglibyśmy w ogóle rozważać „planowanie dzieci” inaczej, niż tak, jak Pan Bóg da?

Współcześni katolicy do szpiku kości przesiąknięci są egoizmem i mentalnością antykoncepcyjną. Dzieci są dobrem ale nie mogą nam przeszkadzać w wygodnym życiu, dlatego odpowiedzialność to decydowanie się na dzieci z umiarem – taki pogląd jest dziś poglądem dominującym. A przecież małżeństwo ze swej natury powinno być otwarte na osobę trzecią, jako wspólnota. Akt małżeński ze swej natury powinien być otwarty na przekazywanie życia. Jeśli ktoś zamknięty na dziecko (nawet tylko w danym momencie) podejmuje akt małżeński, to taki czyn jest wewnętrznie sprzeczny. Spójrzmy na owoce takiego podejścia do ludzkiej płciowości. Współcześnie zdaje się właściwie, że jest to zaspokajanie zwykłej potrzeby fizjologicznej, które każdemu się należy, bez względu na konsekwencje. Może nie takie zwykłe i może w imię "miłości" ale staje się doskonałym opium, którym może się upoić. Ułuda szczęścia, za którą wielu ludzi może się uganiać, zanim zdrowie im odmówi posłuszeństwa. Obcowanie płciowe współcześnie nie jest już aktem o głębokim znaczeniu społecznym. Coraz lepiej radzimy sobie z omijaniem niepożądanych konsekwencji. Rozdzielenie aktu małżeńskiego od jego skutków doprowadziło współczesne człowieczeństwo do jakiegoś strasznego wynaturzenia. Akt, który miał być współuczestnictwem w akcie stwórczym Boga, stał się pustą wydmuszką. Egotyczni ludzie poszukują coraz mocniejszych doznań w wynaturzeniu, które nie może doprowadzić do żadnego spełnienia. Skupianie się na powierzchownych doznaniach oddala od siebie małżonków, zamiast ich zbliżać. Traktujemy drugą osobę technicznie, aby zapewniła nam ona odpowiedniej jakości doznania. Zamiast ofiarności i wzajemnego oddania jest poszukiwanie „realizacji siebie” – słowo klucz współczesnego świata. „Realizacja siebie” to nic innego jak życie skupione na sobie, a zatem zaprzeczenie przykazaniom miłości, samoubóstwienie i detronizacja Boga.

Czymże jest wzajemne dobro małżonków? Oto jest pytanie. Jeśli jest to postęp w drodze do świętości, to jest to zadanie dla każdego człowieka, zatem nie jest to szczególnym celem małżeństwa. Poza tym zaufanie Panu Bogu w otwarciu się na dzieci nie może być przeszkodą w rozwoju duchowym, wręcz przeciwnie. Czy ktoś może temu zaprzeczyć? Zatem szczególnym celem małżeństwa w dalszym ciągu pozostaje zrodzenie i wychowanie potomstwa. Inne rozumienie „dobra małżonków” prowadzi nas do usankcjonowania egoizmu, życia dla siebie, a nie dla Boga i bliźnich.

Jezus Chrystus proponuje nam współuczestnictwo w dziele stworzenia. Jesteśmy powołani do tego aby jako małżonkowie „zradzać” dzieci nie tyle dla siebie ale przede wszystkim dla Boga i dla Kościoła(2). Zradzanie to również wychowanie czcicieli Boga. A zatem, im więcej dzieci zrodzimy i im lepiej je wychowamy, tym ludzie będą mogli oddać większą chwałę Bogu. Jeśli zatem, jako małżonkowie limitujemy Pana Boga w Jego akcie stwórczym, to tak, jakbyśmy chcieli pozbawić Go większej chwały.

Przypisy:

1. „Przez zjednoczenie małżonków urzeczywistnia się podwójny cel małżeństwa: dobro samych małżonków i przekazywanie życia.” - KKK Pallotinum 1994, 533.

2. „Najpierw bowiem związkowi małżeńskiemu dane zostało wyższe i wznioślejsze posłannictwo niż to, które mu z natury przysługiwało; zmierzać ma ono nie tylko do utrzymania rodu ludzkiego, lecz do rodzenia dziatek Kościoła, "współmieszkańcy świętych i domownicy Boży" (Efez 2,19), "aby mianowicie rodził się, był wychowywany lud czcicieli i wyznawców Boga i Zbawiciela naszego Chrystusa Pana" .” – Leon XIII, encyklika Arkanum Divinae sapientiae

„Pierwsze więc miejsce pomiędzy dobrami małżeństwa zajmuje potomstwo. I zaprawdę sam Stwórca rodzaju ludzkiego, który w dobroci swej w dziele rozkrzewienia życia postanowił ludzi użyć jako pomocników swych, nauczał tego, kiedy, ustanawiając w raju małżeństwo, powiedział do prarodziców naszych, a przez nich do wszystkich przyszłych małżonków: "Roście i mnóżcie się i napełniajcie ziemię". To samo znajduje św. Augustyn w słowach św. Pawła Apostoła do Tymoteusza: "Że celem rodzenia zawiera się małżeństwo, świadczy Apostoł w ten w sposób: Chcę, aby młodsze szły za maż. A jakoby wtrącono pytanie: Dlaczego? dodaje zaraz: "Aby dzieci rodziły i stawały się panami domu".” – Pius XI, encyklika Casti connubi

wtorek, 12 stycznia 2016

Czym jest Bractwo Przedmurza?

Bractwo Przedmurza jest propozycją formacyjną dla mężczyzn. Propozycja ta jest realną odpowiedzią na dwa współczesne kryzysy: kryzys męstwa, roli mężczyzny w społeczeństwie oraz kryzys Wiary i katechizacji mężczyzn.

Kryzys męstwa spowodowany jest zerwaniem międzypokoleniowych więzi. Formacja mężczyzn wymaga wprowadzania w dorosłość przez innych mężczyzn. Tzw. męskiej inicjacji. Męskie cnoty są czymś o wiele mniej instynktownym, niż np. macierzyństwo; wymagają ich pielęgnowania i przekazywania czyli Tradycji. W przypadku zerwania tych, międzypokoleniowych więzi bardzo łatwo się degenerują lub nie wykształcają. Z takim procesem mamy do czynienia od czasów silnej industrializacji, gdy mężczyźni masowo odrywali swoje miejsce pracy od życia rodzinnego, a opieka nad dziećmi stopniowo zaczęła przechodzić pod kuratelę instytucji publicznych. Starotestamentalna moc ojcowskiego błogosławieństwa jest czymś realnym, czego współcześni mężczyźni często nie mają świadomości. Oczywiście nie jest to nic magicznego. Jest to coś przyrodzonego, danego mężczyźnie od Boga. W Księdze Rodzaju czytamy: „Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę "istota żywa". I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny.”,. Otóż, ja twierdzę, i jest to twierdze poparte moim kilkunastoletnim doświadczeniem wychowywania młodych i starszych chłopców, że nazywanie i nadawanie tożsamości to jest część natury mężczyzny. Nadajesz tożsamość swojemu dziecku, bez względu na to czy tego chcesz, czy nie. Jest to ogromna odpowiedzialność. Niedojrzały mężczyzna może realnie zatrzymać rozwój swojego dziecka nie afirmując go, nie nadając mu pozytywnej tożsamości.

Dlatego, jako Bractwo pragniemy czerpać ze wspaniałej Tradycji naszych przodków, obrońców Chrześcijaństwa. Oddawanie czci należnej przodkom to obowiązek wynikający z czwartego przykazania ale jest to też coś o wiele więcej. Jest to sposób na budowanie swojej silnej tożsamości. Człowiek pragnie odnaleźć swoje miejsce w świecie. Nikt nie chce być sierotą bez tożsamości. Każdy potrzebuje odpowiedzi na pytanie „Skąd się wziąłem?” i „Dokąd mam zmierzać?”. Jeśli będziesz czynił tak jak nasi wielcy przodkowie, będziesz z pewnością godnym ich następcą. To pociąga nas do wielkich czynów, do poświęcania się na rzecz Ojczyzny i sprawy Katolickiej.

Na czym polega współczesna słabość mężczyzn? Ano przeważnie na tym, że nie daje się im przestrzeni, w której mogą się czuć rzeczywiście potrzebni i wyjątkowi. Nawet w Kościele katolickim, współcześnie mówi się dużo o „geniuszu kobiety”, zachęca się aby kobiety uczestniczyły coraz śmielej i więcej w życiu publicznym, zajmowały miejsca mężczyzn. Zapomina się o czymś bardzo istotnym. Nie pozostawia się nigdzie przestrzeni wyjątkowości dla mężczyzn. Kobiety mają przestrzeń, w której zawsze będą niedoścignione i nie do zastąpienia, jest to macierzyństwo. Mężczyźni, realnie zdetronizowani z tronu głowy rodziny, często mają kompletnie utracone poczucie misji i poświęcenia w swoim życiu. To powoduje, że uciekają od realnego życia w jakieś „tematy zastępcze”: hobby, alkohol, komputer itp.

Trzeba przywrócić właściwy porządek, poczucie misji i ofiarność mężczyzn. Władza chrześcijańska jest służbą, aż do oddania swojego życia za najbliższych. Tego nas nauczył Pan nasz Jezus Chrystus. I to miał na myśli Święty Paweł mówiąc: „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus - Głową Kościoła: On - Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom - we wszystkim. Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie (…). Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus - Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała.”

Rolą mężczyzny jest patrzenie dalej i szerzej niż tylko na dno garnka, rolą mężczyzny jest umieranie za rodzinę. Doskonale rozumieli to nasi przodkowie, którzy najlepszych swych synów posyłali do obrony Ojczyzny. Husaria tym różniła się od armii zaciężnych, że to byli dumni i wolni ludzie, którzy umierali dla nieśmiertelnej sławy, w obronie rodzin i Ojcowizny. Dlatego mieli tak silne morale i pokonywali wielokrotnie liczniejsze wojska przeciwnika. Dość już sprawowania w Polsce „rządów dusz” przez siły antykatolickie, antyrodzinne, antypolskie. Musimy powstać. Ale aby powstać, mężczyźni muszą zrozumieć, że ich misja daleko wykracza poza zapewnienie bezpieczeństwa materialnego swoim rodzinom. Musimy jednoczyć się po to aby bronić naszych wartości. Mężczyźni muszą co jakiś czas „wyjść z domu” po to aby ich dzieci mogły dorastać w katolickich wartościach. Inaczej siły zła nas pokonają. Żony też muszą tą zrozumieć.

Jednym z najważniejszych atrybutów społecznej roli mężczyzny ale także wolności jest zdolność do obrony. Przez lata niewoli, zaborów, komunizmu, społeczeństwo polskie było celowo rozbrajane po to, aby było niezdolne do samoobrony. Nadchodzi czas powrotu kształtowania mężczyzn do walki. Stąd tak ważną częścią męskiej formacji w Bractwie Przedmurza jest aspekt militarny. Bądź dumnym obrońcą swojej rodziny i swoich najwyższych wartości! Jeśli zostałeś wychowany na pacyfistę, musisz narodzić się na nowo – do walki. Wtedy będziesz mógł pełnić swoją społeczną rolę realnego obrońcy, który ma realną zdolność obrony i w razie zapanowania bezprawia - wymierzania sprawiedliwości. Nasza formacja militarna nie ogranicza się do strzelnicy. Pragniemy rozwijać się fizycznie i ćwiczyć fechtunek polską szablą, po to aby symbolicznie przekazywać dalej „pałeczkę” dumnych obrońców chrześcijaństwa w tej sztafecie pokoleń.

Weź ster okrętu swojej rodziny w swoje ręce, bądź głową, dumnym i wolnym spadkobiercą swoich szlachetnych przodków. Nie zaniedbuj obowiązków rodzinnych. Bądź realnym oparciem dla swojej małżonki. Nadaj pozytywną tożsamość swoim dzieciom, przekaż im swoje wartości, wprowadzaj je w dorosłość. Pamiętaj, że liczne potomstwo pomnaża Twój realny wpływ na rzeczywistość, dobrze wychowane pomnaża majątek rodzinny i materialny, oraz ten najważniejszy, duchowy. Ale co najistotniejsze, ukierunkuj całe swoje życie i życie swojej rodziny na Boga. I tutaj przechodzimy do kryzysu Wiary i duszpasterstwa mężczyzn.

Kryzys Wiary możemy poznać po tym, że mężczyźni (w szczególności) coraz częściej omijają Kościół szerokim łukiem. Nawet jeśli są przywiązani do tradycyjnych wartości, to Kościół nie odpowiada na właściwie przez nich sformułowane pytania. Niektórzy dowcipnie nazywają to „feminizacją” Kościoła. Owszem, jest w tym wiele prawdy. Nauczanie skupione na kerygmatach i kwestiach relacyjnych jest czymś, co w ogóle do większości mężczyzn nie trafia. Większość mężczyzn potrzebuje w sposób logiczny uzasadniać to co robi w swoim życiu, buduje pewną logiczną osnowę, konstrukcję, która później może być stałym punktem odniesienia. Jeśli Kościół, który przecież reprezentuje Prawdę (jest to nie do podważenia), nie głosi już Prawdy w całej pełni, pojawiają się luki, które niweczą męską potrzebę zbudowania solidnej konstrukcji dla swoich przekonań. Pojawia się przekonanie, że wszystkie religie są równe, w każdej jest odrobina prawdy ale w sumie to nikt nie zna całej prawdy. Za indyferentyzmem religijnym idzie relatywizm moralny. Skoro wszystko jest względne to niby czemu mamy stosować w swoim życiu zasady, które z bliżej nieznanych nam powodów były stosowane przez naszych przodków?

Bractwo Przedmurza odpowiada na te potrzeby powrotem do źródeł. Klasyczna filozofia, która niesamowicie wzbogaca słownik pojęć, a także pozwala spojrzeć krytyczniej na wyidealizowany przez media obraz współczesnych przemian. Klasyczne podejście do prawa i polityki, jako troski o dobro wspólne. Te sprawy są bardzo ważne aby zaproponować głęboką odnowę życia społecznego. W tym celu organizujemy spotkania o tej tematyce, polecamy sobie nawzajem książki, analizujemy i tworzymy recepty na współczesne kryzysy. Za kryzysem współczesnej filozofii, sposobu myślenia idzie kryzys Wiary. Współczesne dokumenty Kościoła często są bardzo niejednoznaczne przez co zamiast „wyjaśniać nam pisma”, wprowadzają tylko chaos. W ubiegłych wiekach Kościół potrafił w wielu kwestiach wypowiadać się jasno i zdecydowanie. Dzięki czemu dysponujemy ogromnym skarbcem, który umożliwia owo zbudowanie silnej konstrukcji wizji Boga, Prawdy, a także wizji relacji człowieka do Boga. Bóg powinien być na pierwszym miejscu, jest to dla katolika truizm. Czemu zatem tak słabo przekłada się to na prozę życia codziennego? Czemu w katolickim kraju, politycy, którzy odwołują się do katolickiego elektoratu nie zachowują się tak jakby Bóg był na pierwszym miejscu ale bożek o imieniu „demos”? Czemu wyganiamy Pana Boga z naszego życia publicznego, społecznego, zamykamy Go w grupkach dzielenia, wspólnotach? Wreszcie, czy liturgia jest rzeczywiście szczytem naszego życia religijnego? Jeśli nie to mamy bardzo dużo do zrobienia. Infantylizm w liturgii to coś co odpycha od niej mężczyzn. Liturgia ma podnosić nas ku rzeczywistości niebiańskiej, być czymś wyjątkowym, szczególnym. Odnajdujemy to w formie nadzwyczajnej, tj. tzw. mszy trydenckiej. Staramy się aby Najświętsza Ofiara rzeczywiście była szczytem. Dążymy do tego aby liturgia była jak najpiękniejsza.

Jako Bractwo nie chcemy pouczać innych. Chcemy zmieniać świat, zaczynając od zmiany samych siebie. Dlatego tak ważne jest dla nas pielęgnowanie cnót rycerskich, które wywodzą się bezpośrednio od Ośmiu Błogosławieństw: 1) Mężne wyznawanie Wiary; 2) Życie w prawdzie; 3) Pielęgnowanie sumienia i żal za grzechy; 4) Dawanie dowodów pokory; 5) Umiłowanie sprawiedliwości; 6) Spełnianie uczynków miłosierdzia; 7) Praktykowanie Szczodrobliwości i Wielkoduszności; 8) Mężne znoszenie prześladowań.

Formację w Bractwie opieramy na trzech filarach działalności: 1) Oddawanie Panu Bogu należnej Mu chwały, poprzez piękną liturgię, nabożeństwa, modlitwy; 2) Formacja intelektualna: filozoficzna, teologiczna, apologetyka; 3) Formacja fizyczna i militarna.

Deus Vult! Dla większej chwały Bożej!

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Jak wiecie, jestem krytyczny wobec partii rządzącej. Jeśli robią coś w jawnej sprzeczności z interesem Polski bez zawahania krzyczę: "hańba!".

Spójrzmy teraz co robią główne ośrodki medialne. Typowe działanie na "robienie sieczki z mózgu". Mediów nie interesują szanse rozwoju bardzo perspektywicznej współpracy z Chinami. Media nie są zainteresowane wynikami negocjacji dotyczących francuskich ustaleń klimatycznych. Nie interesują mediów zagrożenia płynące z konfliktów na tzw. Bliskim Wschodzie. Nie interesują ich szanse rozwojowe związane z demografią czy gospodarką. Media są zainteresowane jedną rzeczą, którą będą odmieniać przez wszystkie przypadki, aż wszyscy uwierzą, że to jest prawda (zgodnie z zasadą Goebells'a "Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą"). Obowiązują podwójne standardy. Poprzedni rząd dokonał zamachu na TK. Cicho było. Poprzedni prezydent nie wykonał 49 wyroków TK, cicho było. Ale jest zlecenie. Wmówić ludziom, że demokracja jest zagrożona przez rząd wywodzący się z byłej opozycji.

Wybitny teolog Dietrich von Hildebrand napisał: "rzeczywistej teraźniejszości doświadczamy w pełni tylko wówczas, gdy udaje się nam uwolnić od napięcia przeszłości i przyszłości, gdy nie jesteśmy już więźniami oszalałego pędu ku następnej chwili." Otóż mediom chodzi o to aby nas zamroczyć ciągłym napięciem, pogonią za informacją, która została specjalnie spreparowana tak, aby utrzymywać nas w nieświadomości w jakim punkcie dokładnie się znajdujemy i w jakim kierunku zmierzamy. Uwolnijmy się od tego pędu. To pozwala spokojnie odetchnąć i cieszyć się prawdziwym życiem, tak po Bożemu.

środa, 14 stycznia 2015

Jak zostać pucybutem Zachodu c.d.

Dlaczego każdy mężczyzna powinien być sprawny w posługiwaniu się bronią? W jaki sposób wpływa to na naszą rzeczywistą wolność? Ważne jest aby państwo miało armię zdolną do obrony ale przecież nie każdy obywatel musi w razie napadu obcego państwa chwytać za broń? Wystarczy armia i elity mądrze prowadzące dyplomację.

Z czterech powodów. (odpowiadam na zarzuty)

Po pierwsze dlatego, że nie mamy armii zdolnej do obrony naszego kraju. Sprawa jest prosta. Państwo nie spełnia swej obronnej roli, nie jest zdolne do zapewnienia nam bezpieczeństwa w razie agresji z zewnątrz. Zatem my mężczyźni, w sposób szczególny powołani do obrony naszych rodzin, żon, dzieci powinniśmy tę rolę pełnić sami dopóty, dopóki państwo nie zacznie jej pełnić w sposób wystarczający.

Po drugie dlatego, że nawet gdyby państwo miało globalnie sprawną samoobronę , możemy sobie wyobrazić sytuację, gdy w czasie wojny lub nawet jakiegoś zwykłego kataklizmu państwo nie działa na jakimś obszarze. Struktury państwa utraciły nad nim kontrolę i nie są w stanie w tym jednym miejscu zapewnić bezpieczeństwa, mimo, że obrona przed agresją z zewnątrz jest skutecznie zatrzymywana. Dla zobrazowania przykładu przywołajmy huragan Katrina w Nowym Orleanie. W wyniku huraganu służby państwowe przestały funkcjonować. Przez kilka tygodni w Nowym Orleanie rządziły uzbrojone bandy. Jeśli nie będziesz uzbrojony i nie zorganizujesz się z sąsiadami, to w sytuacji wojny albo klęski żywiołowej skazujesz swoją rodzinę na wielką tragedię.

Po trzecie, dyplomacja to jest gra, w której liczą się karty przetargowe. Sprawna armia zawodowa + 10 mln uzbrojonych mężczyzn to bardzo poważna karta przetargowa. Model szwajcarski jest bardzo skutecznym „odstraszaczem” przed agresją z zewnątrz. Oczywiście nie mamy tak korzystnego ukształtowania terenu ale spójrzmy na to z innej strony. Polacy znani są z powstań narodowych, z walki partyzanckiej. Jaka walka partyzancka mogłaby mieć miejsce w sytuacji, w której jedna osoba na sto posiada broń? Jesteśmy jednym z najbardziej rozbrojonych narodów Europy. Myślę, że państwom ościennym zależy na utrzymaniu takiego stanu rzeczy.

Po czwarte dlatego, że męstwo to cnota, której uczymy się poprzez konkretne zobowiązania, próby, poczucie odpowiedzialności. A cnota ta ma decydujące znaczenie w konfrontacji z przeciwnikiem. Dlaczego wiele pokoleń naszych przodków było mężnymi? Przede wszystkim potrafili walczyć. Broń nie tyle jest ważna aby nauczyć człowieka konkretnie walki zbrojnej. Jest wyrazem nadania mężczyźnie w społeczeństwie szczególnej odpowiedzialności. Poczucie odpowiedzialności jest kluczem w kształtowaniu wielu cnót i ogólnym rozwoju. No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim wolność? Ano w męstwie, w dumie, w odpowiedzialności, w cnocie, w poczuciu panowania nad sytuacją w „swojej zagrodzie”. Człowiek upodlony, żyjący w poczuciu ciągłego zagrożenia nie może czuć się w pełni wolny.

Dlaczego wg mnie w korporacji nie można pracować twórczo i służyć Ojczyźnie?

Swoją myśl sformułowałem inaczej. Korporacyjny sposób funkcjonowania często ogranicza ludzką twórczość co nie znaczy, że jest tak w każdym przypadku. Czy można pracą w korporacji służyć Ojczyźnie? Na pewno jeśli napełnia się kiesę zagranicznemu przedsiębiorcy to nie bardzo.

Mi tu chodzi o trochę inne, szersze spojrzenie. Miałem w szczególności na myśli korporacje zagraniczne, które jednak stanowią na naszym rynku większość. Te korporacje wprowadziły się na nasz rynek w konkretnym celu. Po to aby obniżyć koszty pracownicze, które w krajach-matkach były wyższe i zarabiać więcej pieniędzy. Tworzą one więc w naturalny sposób lobby, które będzie robiło wszystko aby utrzymać w naszym kraju płace na dotychczasowym poziomie, płace 3-4 razy niższe niż płace na Zachodzie. Co więcej zyski z działalności spółek wyprowadzają zagranicę często korzystając z rozmaitych ulg albo wykazują straty w tym celu by podatek u nas zapłacony był jak najniższy. Tak więc tę bezproduktywność twórczą można potraktować jednocześnie jako metaforę bezproduktywności materialnej.

To, że możemy w korporacji zdobyć doświadczenie, a później założyć własną firmę to fakt ale to nie zmienia istoty rzeczy. Tego mianowicie, że system korporacyjny nie sprzyja rozwojowi naszej gospodarki. A to przekłada się bezpośrednio na własność każdego Polaka. Działalność korporacji na warunkach preferencyjnych przy jednoczesnym efekcie skali, przewadze wynikającej z możliwości zatrudniania działów księgowych i prawnych, nie sprzyja zdrowej konkurencji.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Nowoczesny patriotyzm czyli jak pozostać pucybutem Zachodu?

Współcześnie w wielu środowiskach, uważających się za patriotyczne, lansowany jest pogląd, że mamy czasy pokoju, czasy jakiegoś nowego patriotyzmu. „Nowoczesny patriotyzm” to już nie walka o wolność, którą rzekomo posiadamy ale bycie dobrym uczniem, później pracownikiem i wreszcie płatnikiem podatków. Poglądy te wybrzmiewają również w środowiskach harcerskich. Jest tutaj jakiś duży rozdźwięk, przepaść. Po formacji, która przygotowuje do twórczego przetwarzania rzeczywistości, trudno zadowolić się zupełnie bezpłodną posadką w międzynarodowej korporacji, w której najważniejszą twórczością jest przezwyciężanie ograniczeń wewnętrznych procedur. Absolwent po skończeniu studiów zderza się ze ścianą. Pracodawcy w Polsce bardzo często sami nie mają zdolności twórczego myślenia w związku z tym takie cechy nie są w ogóle zauważane czy doceniane. Mało kto w praktyce zwraca uwagę na najcenniejsze cechy charakteru u pracownika. Liczy się tylko suche doświadczenie, które nic nie mówi o tym, z kim rzeczywiście mamy do czynienia. A przecież zdolny pracownik może się nauczyć wielu rzeczy w mig. Jeśli doda do tego swoją inwencję twórczą, może się okazać, że w krótkim czasie okaże się dla firmy dużą wartością dodaną. Ale nie o tym chciałem pisać…

W pierwszym zdaniu pada sugestia, że jesteśmy wolni. Mamy czasy pokoju, zatem jesteśmy wolni, czyż nie? Ale prawda jest taka, że nie jesteśmy już tym wolnym, dumnym narodem, którym byliśmy w XV-stym czy XVI-stym wieku. Co się z nami stało? Co czyni nas ludźmi mentalnie wolnymi? Co zawsze stanowiło o wolności i dumie naszego narodu?

Po pierwsze własność i niezależność finansowa. W pierwszej Rzeczypospolitej mieliśmy zamożne elity, które czuły się gospodarzami w naszym państwie. Rody te były na tyle zamożne, że to one finansowały rozwój naszej kultury, edukacji, wojskowości. Wreszcie to one dawały zatrudnienie ogromnej części naszego społeczeństwa. Nie musieliśmy otrzymywać żadnych dotacji na rozwój. Szereg powstań narodowych, później nacjonalizacja w II RP (tzw. reforma rolna), II wojna światowa i wreszcie PRL były konsekwentną likwidacją niezależności finansowej Polaków, poprzez ograbianie jej arystokracji i warstwy średniej. Teoretycznie po przekształceniach lat 80-tych wszystko wróciło do narodu. Niestety w wyniku tzw. dzikiej prywatyzacji ogromna część tego majątku została rozkradziona w taki sposób, że duża część własności, mam na myśli szczególnie aktywa, przeszła w ręce podmiotów zewnętrznych, które nigdy nie będą dbały o interesy Polaków. Ich interesem będzie to aby Polacy zarabiali jak najmniej, aby byli w dalszym ciągu tanią siłą roboczą, pucybutami „nowoczesnej” Europy. Nie możesz być wolnym człowiekiem jeśli boisz się głośno wyrażać swoje poglądy z powodu możliwości utraty pracy. Nie możesz być wolnym człowiekiem, jeśli ograniczony korporacyjnymi procedurami, nie masz możliwości wniesienia twórczego wkładu w rozwój naszej umiłowanej Ojczyzny. Nie możesz być wolny jeśli masz duży kredyt konsumpcyjny do spłacenia (np. za mieszkanie), Twoim jedynym środkiem utrzymania jest praca na etacie i co miesiąc drżysz o to czy będziesz miał na spłacenie kolejnej raty...

Po drugie zdolność do obrony. Jak mówi rzymskie przysłowie: „Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Właściwie tym jednym powiedzeniem można by zamknąć usta wszystkim pacyfistom twierdzącym, że mamy czasy pokoju i w związku z tym walka o wolność to nie nasza brożka. Chcemy pokoju? Bądźmy przygotowani na wojnę! Bądźmy lepiej przygotowani niż w ‘39-tym! Przez jakiś czas mogło się wydawać, że nastały już czasy wiecznego pokoju (w naszej części świata), że oto koniec historii. Wydarzenia na Ukrainie pokazują, że to był tylko miraż. Dlaczego nasi przodkowie czuli się wolnymi? Ano dlatego, że potrafili władać szablą, czego niejednokrotnie dokazywali ale w szczególności dlatego, że bardziej bali się z hańby niż śmierci. Jak to powiedział Pan nasz Jezus Chrystus: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą”. Jeśli się boisz o swoje życie, już jesteś martwy. Na tym polegała wyższość moralna i militarna naszych przodków, dzięki której niejednokrotnie wygrywali z wielokrotnie liczniejszym przeciwnikiem, że nie bali się. Walczyli z poczucia obowiązku, odpowiedzialności, dla chwały nieśmiertelnej, a nie z lęku przed carskim batem. Walczyli całymi sobą gdyż byli ludźmi wolnymi, a nie niewolnikami. Oczywiście niepotrzebne narażanie życia jest głupotą, nieroztropnością, którą nasi rodacy popisywali się wielokrotnie. Tutaj powinniśmy wyciągnąć lekcję i nie szafować zbyt łatwo życiem naszej młodzieży. Jaką sytuację mamy dziś? Jesteśmy jednym z najbardziej rozbrojonych krajów Europy, kompletnie niezdolnym do obrony swoich obywateli w przypadku agresji z zewnątrz. Spójrzmy na moralne mężczyzn, którzy w sposób szczególny są powołani do zapewnienia bezpieczeństwa swoim najbliższym. W Polsce średnio jedna osoba na sto posiada legalnie broń. Wyobrażacie sobie naszych przodków, którym król zabrania posiadać broń bez zezwolenia? Wyśmiali by go! Mężczyzna, który nie umie sprawnie posługiwać się bronią, który nie czuje, że może być niebezpieczny dla wroga swojej rodziny, nie może czuć się w pełni wolnym człowiekiem! Teraz wyobraźcie sobie, że wchodzą moskale czy szkopy, gwałcą nasze żony i córki, a co my możemy zrobić? Powstanie? My nawet szabel nie mamy! Możemy co najwyżej bohatersko umrzeć. Nikogo nie obronimy, żaden uzbrojony oprawca z naszych rąk nie zginie…

Po trzecie zdolność niezależnego myślenia. Aby taka zdolność była rozwijana, nie wystarczy edukacja publiczna. Doświadczamy tego coraz mocniej, o nie! Edukacja publiczna została pomyślana (albo nieprzemyślana) w taki sposób aby każde dziecko włożyć w pewien szablon bez względu na płeć, talenty czy aspiracje. Edukacja w ustroju demokratycznym nie uczy nas krytycznego myślenia. W ogóle nie uczy nas myślenia. Można dojść do wniosku, że być może komuś właśnie na tym bardzo zależy aby w szkołach nie uczono myślenia. W szkołach, jeśli chodzi o myślenie polityczne, filozoficzne czy ideologiczne poznajemy tylko jeden sposób myślenia, jedną ocenę. Dowiadujemy się, że demokracja jest najlepszym systemem. Nikt się nie sili nawet aby zgłębić wady i zalety ustrojowe innych systemów. To samo dotyczy wielu innych spraw. W literaturze zawsze jest możliwa jedna obowiązująca ocena. Jest to owo gomrowiczowskie „Dlaczego Słowacki wielkim poetą był?”. To samo dotyczy historii. W szkole obowiązuje jedna ocena. Żadnej krytyki tej oceny, żadnej dyskusji. Całe nauczanie jest z jedną tezą. Pomijane są postawy edukacji klasyczne. Po co komu logika, poprawne formułowanie myśli? Po co filozoficzne przekonanie o ludzkich zdolnościach poznawczych? Mamy być tylko dobrymi pracownikami. Uniwersytety przekształca się dziś w wyższe szkoły zawodowe właśnie w tym celu. My nie jesteśmy od myślenia, my jesteśmy od czyszczenia obuwia.

Po czwarte świadomość swoich korzeni. Po co nam świadomość naszych korzeni? Człowiek dla swojego zdrowia duchowego i psychicznego potrzebuje znać swoje pochodzenie. Nikt nie chce być mentalnym sierotą. Sierota to jest „ktoś” bez żadnych odniesień do historii, tradycji, kultury, społeczeństwa, czyli właściwie „nikt”. Na historii naszych przodków budujemy swoją tożsamość. Im bogatsza jest ta historia, tym bogatsza może być nasza tożsamość. Państwom ościennym zależy na tym abyśmy budowali tożsamość co najwyżej na historii najnowszej, jako wiecznie upodlony aspirant w przedsionku zachodu, niczym pies merdający ogonem oczekujący jakiegoś okruchu ze stołu pana. Czymże jest owo zachwycanie się każdym słowem pochwały ze strony jakiegoś prominentnego polityka Zachodu, zaadresowanym do Polaków? Za co może nas pochwalić Niemiec czy Amerykanin? Czyż nie za to, że jesteśmy lojalnym i podległym sługą? Elity Zachodu wiedzą, że nasz naród ma wspaniałe tradycje kulturowe, tradycję siły moralnej, płynącej z wierności wierze katolickiej, wreszcie tradycje skutecznej wojskowości i dyplomacji. Nikt nie lubi konkurencji przy rozdawaniu kart dlatego nie należy oczekiwać, że jakiekolwiek czynniki zewnętrzne będą pomagały nam w odkrywaniu swojej wielkiej tożsamości. Wręcz przeciwnie. Nadal w mediach będą się starać nas upodlić, przedstawiając „polactwo” czy „sarmatyzm” w złym świetle jako coś wstecznego, wstydliwego, przynoszącego hańbę. Aby być wolnymi musimy uwolnić się od tych zewnętrznych ocen. Zróbmy wewnętrzny rachunek sumienia i czerpmy całymi garściami z naszej pięknej wspaniałej tożsamości!

Czyli jaki powinien być współczesny patriotyzm? Ano świadomy tego, że bez własności, bez zdolności militarnej, bez edukacji klasycznej i wreszcie bez znajomości własnych korzeni: wielkiego, europejskiego i katolickiego narodu, nie będziemy nigdy wolni!

wtorek, 24 czerwca 2014

Mój przepis na sukces

Przepis na sukces trzeba rozpocząć od właściwej diagnozy sytuacji. Wszelkie choroby i niedostatki muszą być dobrze rozpoznane. Moja ocena współczesnego kryzysu społeczeństw cywilizacji chrześcijańskiej nie jest szukaniem winnych. Jest wołaniem o to aby nie wygłupiać się dłużej, aby przestać się oszukiwać, nie zaklinać rzeczywistości mówiąc: „Przeżywamy wiosnę Kościoła”. Gdyby tak było, nasze społeczeństwo by kwitło, a tymczasem przeżywamy głęboki kryzys na wielu płaszczyznach. Uderzmy się zatem w piersi i wołajmy: „mea culpa”, postanówmy poprawę i na nowo zwróćmy się ku Chrystusowi.

Tekst będzie składał się minimum z trzech części:

1. Kryzys wiary jest wielowymiarowy, poczynając od coraz mocniejszego indyferentyzmu religijnego (wszystko jedno w co się wierzy byle w coś wierzyć) i relatywizmu moralnego wśród młodzieży, poprzez infantylizm form religijnych, odpychający większość dojrzałych mężczyzn, na antropocentryzmie kończąc.

2. Kryzys ludzkich priorytetów. Wartości ponadczasowe wypierane są przez chęć konsumpcji, narcyzm, hedonizm, egoizm, ucieczkę przed trudem i cierpieniem. To się przekłada na kryzys ról społecznych i kryzys rodziny. Duży kryzys władzy polegający na utożsamianiu władzy nie ze służbą i odpowiedzialnością, ale wręcz przeciwnie, z korzystaniem z przywilejów, nadużywaniem władzy dla własnych korzyści, tyranią, przemocą.

3. Recepta na kryzys, czyli zwrócenie się ku Bogu, odbudowanie zdrowej komórki rodzinnej dzięki właściwej formacji, dzięki powrotowi do naszych katolickich korzeni, do klasycznego modelu rodziny. Jakie rodziny, taki poziom życia religijnego, społecznego i politycznego.

KRYZYS WIARY

Wydaje się, że główną przyczyną kryzysu wiary obok ataków na Kościół, które istniały na przestrzeni całej historii, jest osłabienie przez Kościół i jego wiernych własnej tożsamości. Apogeum tego miało miejsce w drugiej połowie XX w. ale oczywiście te działania rozpoczęły się o wiele wcześniej i mają miejsce do dnia dzisiejszego. W samym Kościele głoszenie pełnej jedności i pełni Prawdy (w Kościele katolickim) stało się niewygodną przeszłością, z którą jakoś trzeba żyć i się tego wstydzić. Jeśli przyznajemy dziś, że pełnia prawdy jest w Kościele katolickim to za chwilę bardzo za to przepraszamy i wyjaśniamy, że wszyscy inni też mają ziarna prawdy. Ta postawa w sposób oczywisty prowadzi do rozwodnienia katolickiej nauki i poczucia wśród młodzieży, że wszystkie religie są dobre i mają tyle samo prawdy. Współcześnie przeżywamy ogromny kryzys katechizacji. Nie wiem czego dziś uczą się dzieci na lekcjach religii poza pacierzem i jakimiś formułkami Sakramentów, ja niewiele z tego pamiętam… Były jeszcze filmy o moralności, aborcji itp. Ale tu jest jakieś ogromne zaniedbanie. Jeśli młody człowiek pozostaje na poziomie konsumenta i nie jest zdolny do zgłębiania swojej wiary, to czy będą go interesować autorytatywne zakazy czy nakazy? Nie, mowa o elementach katolickiej moralności bez przekonania do całej teocentrycznej antropologii nie ma większego sensu. Młody człowiek musi zrozumieć, że nauka Kościoła nie jest wyssana z palca ale jest prawdą o nas, objawioną w Piśmie i poprzez apostolską tradycję. Gdyby w szkołach uczono myślenia, byłaby szansa, że młody człowiek sam dojdzie do wniosku, że warto wyznawać Prawdę, tylko i wyłącznie. A zatem gdyby wiara katolicka nie była JEDYNĄ prawdziwą, wyznawanie jej nie miałoby sensu.

Jeśli wiara katolicka nie jest prawdziwa, niech każdy z nas zajmie się poszukiwaniem pełni prawdy poza Kościołem. To jest dla mnie jedyne sensowne rozwiązanie, które mogę zaproponować. Zadowalać się tym, że to ładna dekoracja dni świątecznych, ceremonie rodzinne, tradycja? Człowieku, a po co ty żyjesz? Zadaj sobie to fundamentalne pytanie! Po co ty żyjesz? Jeśli po to żeby być trochę lepiej rozwiniętym zwierzątkiem, bo z własną kulturą i bardziej zaawansowanym aparatem komunikacji ale jednocześnie w jakiejś wymyślonej sobie fikcji, to istotnie twoje życie nie ma większego sensu niż życie świni w chlewie!... Ale z kolei, jeśli wyznajemy wiarę katolicką z powodu prawdy, którą ona przekazuje, to nie powinno cię interesować to żeby ksiądz czy biskup mówił to co chcesz usłyszeć, ale to aby mówił prawdę. W tym ksiądz jest wierny Chrystusowi, i w tym powinna być mierzona jego wartość. Powinien wbrew wszelkim przeciwnościom, „w porę i nie w porę” głosić prawdę.

Interesuje nas prawda, odkryliśmy ją w Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła, czyli przekazie ustnym pochodzącym wprost od Apostołów, następnie potwierdzonym przez szereg soborów powszechnych. Zgodnie z naszą wiarą Objawienie dokonało się w Jezusie Chrystusie. Apostołowie nam to przekazali. Aż do Paruzji żadna kreska w Prawie nie zostanie zmieniona. Czy możemy w tej sytuacji uznać, że nasza wiara może ewoluować w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku i nadal będziemy katolikami? Nie, przecież to są jakieś brednie. Jeśli ktoś znosi swoją nauką to co zostało nam Objawione w Piśmie i Tradycji, ten jest pospolitym kłamcą. W przeciwnym razie, gdyby uznać ewolucję dogmatów (potępioną przez papieży) to Pismo Święte przestaje mieć jakąkolwiek wartość, no i znowu wiara katolicka (powszechna, a zatem dostępna dla każdego) nie ma żadnego sensu. Tak, Objawienie jest ponadczasowe i żadne dziejowe zawieruchy nie są w stanie naruszyć jego wiecznego przesłania. Próba dostosowania się do świata kończy się raczej powielaniem błędów współczesności, niż naprawą tegoż. To jest bardzo ciekawe bo przecież przez wieki w Kościele bardzo dobrze rozumiano, że odpowiedź Kościoła na aktualne czasy to z jeszcze większą mocą głoszenie nauki Chrystusowej, kładąc akcenty na te elementy Objawienia, z którymi świat aktualnie ma największe problemy. A dziś robi się zupełnie odwrotnie tj. te elementy nauki, które mogłyby kogoś urazić, gdyż z nimi wielu ludzi ma problem są czymś wstydliwym, pomijanym.

Jeśli wiara katolicka jest prawdziwa to czy to jest bajeczka dla małych dzieci czy raczej poważna sprawa dla dorosłych? Oczywiście to drugie ale obserwując formy religijności wielu współczesnych grup katolickich ma się wrażenie, że jest to bajka dla małych dzieci. Nie chodzi mi tu zupełnie o to aby odbierać dzieciom katechezę, modlitwę, uczestnictwo w liturgii… O nie. Zupełnie krótkowzroczne jest jednak dostosowywanie form modlitewnych oraz sposobu głoszenia wiary do poziomu dzieci. Przecież same dzieci tworzą sobie w umyśle pewną hierarchię wartości. Bardzo łatwo rozróżnią te sfery życia, które są przez dorosłych traktowane zupełnie serio oraz te, które są traktowane z przymrużeniem oka. Infantylizacja wiary powoduje u dzieci zamęt. Czemu mają się zachowywać w kościele poważnie, jeśli sami dorośli dostają w nim małpiego rozumu i zachowują się w nim jak dzieci?

Wychodzą teraz takie książki jak np. książka pt. „Dlaczego mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła?”. Próbuje się w nich uzasadniać, że mężczyzna potrzebuje działania, zupełnie pomijając fakt, że sam aktywizm nie zaprowadzi nas do kontemplacji Wszechmogącego Boga. Nie, nie, nie! Nie tu leży problem. Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła, bo od czasu przemian soborowych nie są w nim traktowani poważnie! Infantylizacja form liturgicznych urąga męskiemu poczuciu przyzwoitości i powagi. To jest logiczne, coś co jest niepoważne nie może być prawdziwe. Czy konsekracja w tandetnym plastikowym ornacie, w otoczeniu dekoracji rodem z jakiejś przytłaczającej fabryki, z jakimś aktorstwem księdza przed wiernymi i biegającymi wrzeszczącymi dziećmi po kościele, może być autentycznym Przeistoczeniem? Wszyscy, którzy w tym uczestniczą wyglądają z zewnątrz jakby tak naprawdę nie wierzyli w to co się w tym momencie dokonuje! Przeistoczenie chleba i wina w ciało Pana naszego Jezusa Chrystusa, najbardziej doniosły moment po tej stronie nieba, w czasie którego każdy powinien upaść na kolana i wstrzymać oddech! Poprzez uczuciowe, zewnętrzne, infantylne przeżywanie wiary, współczesny katolik utracił praktycznie zdolność kontemplacji, która jest kluczowa w pogłębianiu osobistej więzi z Bogiem. Kiedyś podejście mojego dziadka do tego tematu było zupełnie dla mnie niezrozumiałe, dla niego dziecinna pioseneczka religijna przed jedzeniem to był „cyrk”, a na stwierdzenie „Nowa Ewangelizacja” pytał się po co ta nowa, a poprzednia zła była? Dziś widzę coraz wyraźniej co dziadek miał na myśli. Kościół nie potrzebuje żadnej Nowej Ewangelizacji. Kościół potrzebuje na nowo wrócić do swoich korzeni, czyli właśnie do tej dobrze sprawdzonej, „starej” ewangelizacji, która była udziałem Apostołów i Świętych, dzięki której Kościół miał wielu gorliwych wyznawców, gotowych nawet oddać swoje życie dla Chrystusa.

Dziś mówi się o głoszeniu kerygmatu. „Nowa Ewangelizacja” najczęściej ogranicza się do prozaicznego powtarzania „Bóg cię kocha”. Nauczanie z ambon krąży wokół relacji z Bogiem ale Boga nie wyjaśnia, nie tłumaczy naszej wiary, nie przestrzega przed błędnymi filozofiami, które dziś skutecznie uwodzą człowieka, tak, że ten zwodzony całe życie ugania się za „wiatrem w polu” i wciąż nie rozumie swoich pogłębiających się problemów duchowych. Wycofaliśmy się z intelektualnej debaty teologicznej w nauce, która przed Vaticanum Secundum była bardzo żywa. Oddaliśmy wszędzie pole marksistowskiemu materializmowi, przytakując, że no tak, nauka i wiara to co innego. Czy to jest poważna Wiara? Nie to jest jakiś żart. Rzetelna nauka i prawdziwa wiara idą w parze, nie może być między nimi żadnych sprzeczności. Przez wieki to Kościół był instytucją napędzającą rozwój nauki, a dziś okazujemy się jakąś intelektualną pustynią, która poza przytakiwaniem mętnym dowodom ewolucjonistów nie jest w stanie wyjść z żadną naukową inicjatywą. A gdzie się podziała dogmatyka katolicka, która jeszcze przed wojną stała na bardzo wysokim poziomie, również w Polsce? Gdzie katolickie życie intelektualne?

My mężczyźni chcemy poznawać wiarę rozumowo, by z jeszcze większym przekonaniem ją wyznawać. Wymagamy wysokiego poziomu intelektualnego księży. Niech się kształcą w teologii, apologetyce, filozofii. Od tego mają być specjalistami. Psychologom, trenerom, coachom już dziękujemy. Dziś mężczyzna, aby jego potrzeby rozumowego zgłębiania prawd wiary zostały zaspokojone: czy podczas niedzielnego kazania, czy w jakieś wspólnocie przykościelnej, musi mieć jakieś ogromne szczęście. Czy to jest poważne podejście do Wiary? O wiele częściej próbuje się z nas mężczyzn zrobić jakieś karykatury człowieka, niezdolne do samodzielnego myślenia. Formacja w wielu wspólnotach nastawiona jest na „formatowanie dysku”. „Odrzuć wszystko cokolwiek myślałeś do tej pory, teraz my będziemy myśleć za ciebie”. Oczywiście głoszenie kazań takich, aby mężczyzna czuł się potraktowany poważnie, wymaga trudu. Nie wystarczy opowiedzieć kilku ckliwych historyjek oraz „Bóg cię kocha”. Nie wystarczy przygotować się do tego konkretnego kazania. Trzeba wykonać dużą pracę intelektualną. Czytać dokumenty Kościoła, nie tylko te mętne z ostatniego soboru ale przede wszystkim te wcześniejsze, które jasno definiują prawdy naszej wiary. Trzeba czytać Ojców Kościoła, Świętych, stale pogłębiać znajomość swojej wiary. Tego my mężczyźni od księży oczekujemy.

Praktyka jest jednak taka, że księża nie znają nawet dokumentów soborowych i posoborowych, na które przecież tak chętnie się powołują. Zaczynam się zastanawiać czego oni się dziś uczą w tych seminariach… W czasie wizyty duszpasterskiej, jakieś dwa lata temu zaczęliśmy rozmawiać o postawie przy przyjmowaniu komunii. Ksiądz, który nas odwiedził, twierdził, że ona nie ma znaczenia, że liczy się tylko nasza postawa w środku. Pomijając to, że tu mamy do czynienia z jakąś postawą gnostycką, która uznaje rozdźwięk między ciałem i duszą jako coś pozytywnego (zgodnie z katolicką teologią ciało powinno być podporządkowane duszy), ksiądz zaczął się powoływać na nauczanie Jana Pawła II. Tak się złożyło, że ja akurat już wcześniej znalazłem dwie wypowiedzi Ojca Świętego, które mówiły zupełnie coś przeciwnego. Umówiliśmy się zatem, że ja księdzu prześlę wypowiedzi papieża, które mówią jasno o tym, że najwłaściwsza postawa przyjmowania Eucharystii to postawa klęcząca, a ksiądz miał przesłać mi wypowiedzi potwierdzające to, co głosił. Oba teksty przesłałem księdzu w ciągu kilku dni. Po kilku miesiącach przypomniałem się księdzu, ale ksiądz wciąż nie mógł znaleźć swojego cytatu i sądzę, że szuka go aż do dnia dzisiejszego…

Wiele duchowych i antropologicznych problemów człowieka współczesnego bierze się stąd, że Bóg został strącony z pierwszego miejsca naszej hierarchii wartości. Współczesny Kościół obrał sobie człowieka jako swoją nową drogę. Czy to nie jest manifest podobny do buntu Lutra? Przecież to nie miłość człowieka prowadzi do poznania Boga ale miłość do Boga prowadzi do poznania człowieka! To Chrystus-Bóg jest Drogą, Prawdą i Życiem, nie człowiek. Tyle razy słyszałem nawet w kazaniach, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu to wszystko inne jest na właściwym miejscu. Bardzo dobrze ale czemu zaraz obok mówi się coś dokładnie odwrotnego? Czemu praktyka duszpasterska pokazuje coś zupełnie przeciwnego? Wszędzie wpycha się rozwrzeszczany antropocentryzm. W seminariach duchownych od teologii większe ma dziś znaczenie antropologia i psychologia. W liturgii ma większe znaczenie spontaniczna twórczość współczesnych nam ludzi, niż to co kształtowało się przez wieki i pochodziło z ustnych podań od samych Apostołów, a zatem i od Pana naszego Jezusa Chrystusa. Wiara staje się rodzajem psychoterapii, a nie autentycznym kontemplowaniem Boga.

Papierkiem lakmusowym stanu dzisiejszej wiary naszego społeczeństwa jest reakcja nas, katolików na coraz większe zeświecczenie naszego społeczeństwa, na coraz częstsze akty profanacji oraz na demoralizujące i gorszące rozmaite parady i happeningi. Każde tego typu wydarzenie powinno spotkać się z wezwaniem do nawrócenia, pokuty i wynagrodzenia Bogu za obrazę Jego majestatu. Każde tego typu wydarzenie powinno kierować nasze myśli na słowa anioła w Objawieniu Fatimskim: „pokuta, pokuta, pokuta!” Jakże się może ostać nasze społeczeństwo jeśli tak bardzo oddalamy się od Boga, jeśli co chwilę popełnia się przy naszej akceptacji grzechy wołające o pomstę do Nieba? Czy my jeszcze wierzymy w to, że Bóg istnieje? Czy chcemy Go kochać? Czy chcemy aby inni Go również kochali? Dla mnie jest jasne, że gdybyśmy Boga traktowali poważnie, nie pozwolilibyśmy na te wszystkie symptomy moralnego rozkładu.

czwartek, 29 maja 2014

Przy całej sympatii nie zagłosowałem na Korwina

Każdy katolik powinien być świadom, że JKM reprezentuje nie do końca chrześcijański i nie do końca polski punkt widzenia. Wcześniej czy później to z niego wyjdzie. Rozumiem takie podejście, że KNP jest o wiele lepsze od każdej innej partii zasiadającej obecnie w sejmie i że jest pewnym etapem przejściowym do zmiany ustroju naszego państwa. Dlatego moim celem nie jest braterskie upomnienie tych którzy zagłosowali. Chcę tylko zwrócić uwagę na kilka ważnych aspektów, z których każdy powinien sobie zdawać sprawę.

Odczuwam szczerą sympatię do JKM Krula. Z wrodzoną sobie prostotą, bez ogródek wyśmiewa zakonserwowaną na dobre w Europie mentalność socjalistyczną. Bezpardonowo obnaża absurdalność poprawności politycznej dotyczącej równouprawnienia i wielu innych głupstw, które ludzie powymyślali w wieku XIX i XX. Coraz wyraźniej widać, że to anachronizmy. Ludzie najzwyczajniej nie odnajdują się w tym już przestarzałym "nowym społeczeństwie jutra" zapowiadanym przez wszystkie rewolucje (łącznie z bestialską rewolucją październikową). Nowości mają to do siebie, że się szybko starzeją. Dlatego dzisiejsze dążenia pewnych "elit" do zakończenia procesu "modernizacji" społeczeństwa są coraz bardziej rozpaczliwe. To się nie może udać. Jeśli cywilizacja jest oparta na "moralności" i stosunkach społecznych przeciwnych naturze, to wcześniej czy później ta cywilizacja zostanie podbita przez inną, zdrowszą. Do tego momentu się zbliżamy. "Elity", które nas "modernizują", jednocześnie dążą ku samozagładzie. Widać to coraz wyraźniej. T bardzo dobrze, że wreszcie w czynnej polskiej polityce będą ludzie, którzy będą nazywać to po imieniu.

Ale, ale...

Nie możemy być naiwni. Założyciel KNP ma również poglądy które prowadzą na manowce. Zatem musimy je sobie wypunktować i dokładnie śledzić jak na poglądy założyciela zapatrują się inni członkowie partii i w jakim kierunku to wszystko pójdzie.

1. Wolność gospodarcza. Czy swoboda gospodarowania swoim majątkiem jest niezgodna z chrześcijaństwem? Tutaj trzeba bardzo wyraźnie powiedzieć, że Bóg daje człowiekowi wolność. Bardzo dobrze to jest pokazane w niektórych przypowieściach, np. tej o talentach. Każdy z nas otrzymuje od Boga jakieś dary i w miarę swoich możliwości powinien je rozwijać. System socjalny demoralizuje człowieka. Czy można powiedzieć, że płacący podatki pomaga bliźniemu przez świadczenia socjalne? Z całą pewnością nie, bo nie czynie tego dobrowolnie. Ale jest ta wymówka. Po co mam zadbać o bezdomnych, jeśli są noclegownie? Gdyby nie pił, mógłby spać, myć się i jeść w noclegowni... I to prawda. Dlatego system socjalny nie sprzyja zbawieniu człowieka, szczególnie tego zamożnego. Państwo dba o społeczeństwo to czemu ja mam dbać? To jest antyelitotwórcze. TUTAJ DUŻY PLUS DLA POGLĄDÓW JKM!

2. Ale, trzeba też wiedzieć, że JKM nawołuje do prywatyzacji wszystkich i wszystkiego. To już nie jest żadna wolność gospodarcza. Aby wolność gospodarcza była możliwa, musimy mieć możliwość bycia gospodarzami na własnym terenie. My, Naród. Gdyby Polacy byli panami u siebie tak, jak w XVI wieku, to byłoby to zupełnie co innego. Ale fakty są takie, że od Potopu Szwedzkiego w połowie XVII wieku, aż do dnia dzisiejszego jesteśmy stale rabowani. Kolejne powstania niepodległościowe i komunizm, doprowadziły do utracenia wielu wielkich majątków przez nasze elity. Prywatyzacja nastąpiła w taki sposób, że wiele gałęzi naszego przemysłu zostało zniszczonych albo przejętych przez podmioty zagraniczne i rocznie wypływają z naszego kraju miliardy złotych w dywidendach. Dziś u nas gospodarzami są podmioty zagraniczne, które poprzez instrumenty finansowe narzucają nam sposób funkcjonowania. Tym podmiotom zależy na tym aby ulgi podatkowe dotyczyły tylko dużych podmiotów zagranicznych i aby nasze wynagrodzenie nie rosło.

Czy w takich warunkach możemy mieć wolność gospodarczą? Nie. Najpierw musimy mieć zamożne POLSKIE elity, które będą dbały o nasz kraj i będą go broniły. Żeby to stało się możliwe, trzeba na pewien czas ograniczyć możliwość drenowania z naszego kraju kapitału. To pozwoli nam, Polakom zarabiać. Jeśli to się nie stanie, jeśli nie weźmiemy przykładu z Węgier, będziemy wciąż tanią siłą roboczą dla Europy Zachodniej. TUTAJ DUŻY MINUS!

3. Deizm. JKM wielokrotnie wypowiadał się o Bogu w taki sposób, że jednoznacznie można określić, iż ma poglądy deistyczne. Pan Bóg jest dla niego tylko i wyłącznie architektem, który ten świat nakręcił jak zegarek i zostawił. Nie czuję się do końca kompetentny by rozwinąć tę myśl. Napiszę tak jak to czuję. Katolicyzm nie jest ważny tylko jako nośnik kulturowy, jako czynnik jednoczący dla Narodu. O wiele ważniejsze jest to, że katolicyzm niesie autentyczną Prawdę o człowieku (jeszcze ważniejszą o Bogu ale rozważamy teraz to w kontekście społecznym). Katolicyzm jest skutecznym lekarstwem na wszelkie błędy prowadzące ludzi na manowce. Wreszcie katolicyzm, jak wielokrotnie pokazała historia, jest najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed tyranią. To nie może być katolicyzm niedzielny, kościółkowy, od wielkiego dzwonu. To musi być katolicyzm, który autentycznie przeniknie życie społeczne i obywatelskie. To musi być katolicyzm Jana III, uniżonego sługi Kościoła Świętego, który wysyła zdobyte sztandary do stóp Jego Świątobliwości. Tylko to uchroni nas przed tyranią bezbożnej monarchii z jednej strony, i przed krwawą rewolucją (w każdej formie bestialską) z drugiej strony.

Dlatego jeśli ktoś głosuje na KNP niech ma na uwadze te problemy. Oczywiście nie od razu Rzym zbudowano. Być może JKM będzie w dalszym ciągu odgrywał pozytywną rolę prawdziwie królewskiego błazna, który otwiera ludziom oczy na wiele problemów. Ale kiedyś będzie trzeba wyrosnąć również z tego. Gdy Naród do tego dojrzeje zbudujemy silne państwo!

sobota, 8 września 2012

Czy NPR jest po Bożemu? (1)

Powracam do nieskończonego kiedyś tematu Naturalnego Planowania Rodziny. Z NPRem jest taki problem, że współczesna nauka Kościoła na ten temat, jest niekonsekwentna.

W Casti connubi Piusa XI (1930) czytamy: "Otóż akt małżeński z natury swej zmierza, ku płodzeniu potomstwa. Działa zatem przeciw naturze i dopuszcza się niecnego w istocie swej nieuczciwego czynu ten, kto spełniając uczynek, świadomie pozbawia go jego skuteczności.

Nie dziw więc, że według świadectwa Pisma św. Bóg w majestacie swoim haniebną tę zbrodnię straszliwym swoim ścigał gniewem i niekiedy nawet ukarał śmiercią, jak o tym wspomina św. Augustyn: "Bezprawnie i haniebnie używa małżeństwa choć z własną żoną ten, kto unika potomstwa. Tak czynił Onan, syn Judy, i dlatego uśmiercił go Bóg"(47).

Interpretacja tego tekstu prowadzi do wniosku, że zgodnie z tym co jest tu napisane, współżycie wybiórcze tylko w okresie niepłodnym, w celu uniknięcia potomstwa jest działaniem przeciw naturze, porównywalne z grzechem Onana. Myślę, że św. Tomasz z Akwinu zgodziłby się z taką interpretacją.

W Katechizmie Kościoła Katolickiego (1992) czytamy:

2366 (...) Dlatego Kościół, który "opowiada się za życiem", naucza, że "każdy akt małżeński powinien być otwarty na przekazywanie życia ludzkiego". "Nauka ta, wielokrotnie podawana przez Urząd Nauczycielski Kościoła, ma swoją podstawę w ustanowionym przez Boga nierozerwalnym związku, (...) między podwójnym znaczeniem aktu małżeńskiego: znaczeniem jednoczącym i prokreacyjnym".

2369 "Jeżeli zatem zostaną zachowane te dwa istotne aspekty stosunku małżeńskiego, jednoczący i prokreacyjny, to wtedy zachowuje on w pełni swoje znaczenie wzajemnej i prawdziwej miłości oraz swoje odniesienie do bardzo wzniosłego powołania do rodzicielstwa".

2370 (...) Jest natomiast wewnętrznie złe "wszelkie działanie, które - czy to w przewidywaniu aktu małżeńskiego, podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków - miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziło by do tego".

To są fragmenty, z których wynika to samo, co wcześniej. Stosowanie NPR-u do unikania poczęcia jest przecież działaniem, którego celem jest uniknięcie poczęcia, prawda? A zatem niweczy ono charakter "jednoczący i prokreacyjny" aktu małżeńskiego, czyż nie?

A z drugiej strony obok tych ortodoksyjnych słów, znajdują się te, które znaczą coś zupełnie przeciwnego. Nie ma w tym żadnej logiki.

2370 Okresowa wstrzemięźliwość, metody regulacji poczęć oparte na samoobserwacji i odwoływaniu się do okresów niepłodnych są zgodne z obiektywnymi kryteriami moralności. Metody te szanują ciało małżonków, zachęcaja do wzajemnej czułości i sprzyjają wychowaniu do autentycznej wolności. (...)

Dla mnie to jest brak logiki, niekonsekwencja. Okresowa wstrzemięźliwość jest usprawiedliwiona ale nie "metody regulacji poczęć". One zakładają współżycie w dni niepłodne tylko i wyłącznie, a więc współżycie przy jednoczesnym unikaniu poczęcia. A zatem ich współżycie nie może być "otwarte na życie", jego celem jest "uniemożliwienie poczęcia" i ma ono "do tego prowadzić".

A teraz przedstawię temat z trochę innej strony. Thomaj Woods jr. w książce: "Kościół a wolny rynek. Katolicka obrona wolnej gospodarki" pisze tak: "Katolicy nie uważali woli Boga za absolutnie niezgłębioną, ani jego praw moralnych za czysto arbitralne. Czyny nie były dobre tylko dlatego, że Bóg tak powiedział; Bóg tak powiedział, ponieważ czyny były dobre. Tak więc od świata materialnego po świat zasad moralnych, Bóg był uosobieniem racjonalności i porządku."

Ja podpisuję się pod tą tezą obiema rękami. Ona potwierdza, że zgodnie z "tomistyczną" wizją świata, do wielu tych spraw można dojść rozumowo. Jestem przekonany o tym, że przepisy moralne, które otrzymujemy od Boga nie są zakazami, które mają nam ograniczyć uciechy życia. Jest to instrukcja obsługi: "człowieku, jesteś tak skonstruowany, rób to, nie rób tamtego, a będziesz szczęśliwy". Chodzi o prawdziwe szczęście, a nie jego namiastkę, ułudę; coś co pogłębia naszą duszę i porządkuje nasze sumienie.

No więc: czy człowiek, który nie chce mieć dziecka, w danym momencie, i współżyje - czy on jest wewnątrz spokojny, czy może jednoczący akt małżeński przeżywać harmonijnie i głęboko? Nawet jeśli najlepiej się zabezpieczy nie będzie spokojny, bo to nie jest istota aktu małżeńskiego, nie jest jego pełnia. Pełnią jest zjednoczenie w otwarciu na potomstwo, i tylko ono pozwala na przeżywanie aktu w sposób harmonijny, bezstresowy, w pełnym oddaniu. NPR prowadzi na manowce; powoduje, że ludzie mimo, że chcą uniknąć w danym momencie dziecka i się może nawet go boją, oni jednak podejmują współżycie, i do tego jeszcze w najgorszym momencie dla kobiety, w okresie niepłodnym. Czy to rzeczywiście, jak przekonują propagatorzy NPR-u, może spajać małżeństwa lepiej niż dotychczasowe otwarcie na wszystkie dzieci, którymi Bóg obdarzy?

Czy NPR jest po Bożemu (2)

c. d. wpisu: Czy NPR jest po Bożemu (1)

Można przeprowadzić test, zaproponowany w Ewangeli: "Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców." [Mt 7,16-18]

Jakie są owoce tych niekonsekwentnych zapisów i dopuszczenia "naturalnej antykoncepcji" przez Kościół, teoretycznie w szczególnych przypadkach, a praktycznie propagowanej jako styl budowania relacji katolickiego małżeństwa?

W Polsce chyba na wszystkich diecezjalnych kursach przedmałżeńskich narzeczeni uczą się Naturalnych Metod Planowania rodziny. Jest to przedstawiane jako ideał relacji "w łóżku" katolickich małżonków - coś co spaja i umacnia oraz rozwija relacje. Dlaczego? Gdyż codziennie małżonkowie wspólnie sprawdzają płodność kobiety, co ma prowadzić do większej czułości i troski o małżonka. Gdyż są okresy wstrzemięźliwości, które rzeczywiście mogą uczyć szacunku do drugiej strony, tego żeby nie być uzależnionym od swoich pragnień.

I oczywiście w części jest to prawda. Wstrzemięźliwość jest dobra dla małżeństwa, szczególnie przed ślubem. Ale z drugiej strony pomija się to, że NPR, gdy go się stosuje do unikania poczęcia potomstwa, uczy mentalności antykoncepcyjnej. To nie może prowadzić do rozwoju relacji małżonków. "Współżyjemy gdy nie może być z tego dziecka, gdy może być dziecko, nie współżyjemy" - czy to nie jest traktowanie aktu małżeńskiego w sposób instrumentalny, sprzeczny z Bożym planem, wymierzony w "charakter jednoczący i prokreacyjny" aktu? Czy ludzie o mentalności antykoncepcyjnej nie chcą mieć dzieci w ogóle? Najczęściej chcą, ale chcą nie w tym konkretnym momencie, w którym dziecko mogłoby być przeszkodą.Zetknąłem się z ludźmi, którzy w ogóle nie mieli nic przeciwko dzieciom ale byli przekonani, że metody NPR-u są tak piękne, że chyba byli gotowi zrezygnować z potomstwa byleby mogli jak najdłużej w tak piękny sposób rozwijać swoją małżeńską relację, czy to nie jest jakieś kuriozum?

Przy okazji promuje się "odpowiedzialne" rodzicielstwo. Z jednej strony Kościół zachęca do hojności, z drugiej strony mówi o odpowiedzialności i planowaniu. Wśród wielu katolików, współcześnie panuje przekonanie, że to oni mają zaplanować ile mają mieć dzieci. Nie traktują dzieci jako niesamowity Boży dar, ale kolejny "projekt" do zaplanowania. A przecież może nic nie wyjść z ich planów, mogą nie mieć tych dzieci wcale.

2368 Szczególny aspekt tej odpowiedzialności dotyczy regulacji poczęć. Z uzasadnionych powodów małżonkowie mogą chcieć odsunąć w czasie przyjście na świat swoich dzieci. Powinni więc troszczyć się, by ich pragnienie nie wypływało z egoizmu, lecz było zgodne ze słuszną wielkodusznością odpowiedzialnego rodzicielstwa. (...)

Proszę zwrócić uwagę, w KKK, obok pięknych fragmentów o tym jak akt małżeński powinien mieć charakter jednoczący i prokreacyjny, jest tekst, w którym pojawia się przymiotnik "odpowiedzialne" w kontekście rodzicielstwa. O ile to sformułowanie w kontekście "wychowania" byłoby oczywiste o tyle w tym kontekście oczywistym już być przestaje, a zaczyna być polem do nadużyć. W czasie ceremonii zaślubin pada takie pytanie z ust księdza: "Czy zgadzacie się przyjąć i po katolicku wychować, każde dziecko, którym was Bóg obdarzy?". A w KKK mamy tekst, który nam każe się zastanawiać, czy na pewno "przyjęcie każdego dziecka, którym nas Bóg obdarzy" jest odpowiedzialne!

Czy rzeczywiście człowiek może lepiej niż Bóg ocenić, który moment jest najlepszy na przyjście na świat dziecka? Można by zrozumieć argumentację, że "ze względu na zatwardziałość serc" naszych, dopuszcza się NPR, w szczególnych przypadkach. Ale tutaj mamy do czynienia z podejściem, że naturalne jest "odsuwanie w czasie przyjścia na świat dzieci" z "uzasadnionych powodów". Czy my jeszcze, jako Kościół, wierzymy w realną obecność Boga w naszym życiu? " Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy." Mt 6,31-34

Zapisy o "odpowiedzialnym rodzicielstwie" sugerują: "kto ufa Bogu jest nieodpowiedzialny". Tak jest w oczach tego świata, to prawda ale, Jego Królestwo nie jest stąd. Czemu więc mielibyśmy tak samo jak świat patrzeć na tę kwestię? Tym bardziej, że to dopiero współczesna, konsumpcyjna kultura postrzega dziecko jako problem. Dziecko jest przeszkodą w zabawie, w realizowaniu swoich potrzeb itd. Przez wieki dzieci były błogosławieństwem, dumą, chwałą i siłą swoich rodziców:
"Oto synowie są darem Pana,
a owoc łona nagrodą.
Jak strzały w ręku wojownika,
tak synowie za młodu zrodzeni.
Szczęśliwy mąż,
który napełnił nimi swój kołczan.
Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał
z nieprzyjaciółmi w bramie."
Jak śpiewamy w psalmie 127 (126)

KKK: 1652 "Z samej zaś natury swojej instytucja małżeńska oraz miłość małżeńska nastawione są na rodzenie i wychowywanie potomstwa, co stanowi jej jakoby szczytowe uwieńczenie".

Casti Connubii: "Pierwsze więc miejsce pomiędzy dobrami małżeństwa zajmuje potomstwo. (...)

Jak wielkim dobrodziejstwem Bożym i błogosławieństwem małżeństwa jest dziecko, okazuje się z godności człowieka i celu jego najwyższego. Człowiek bowiem przewyższa już zacnością rozumnej swej istoty wszystkie inne stworzenia widzialne. Nadto Bóg pragnie, by ludzie rozmnażali się, nie tylko w tym celu, by istnieli i zapełniali ziemię, lecz daleko więcej w tym celu, by byli czcicielami Boga, poznawali Go, miłowali i posiadaniem Jego na wieczne czasy cieszyli się w niebie.(...)

Rodzice chrześcijańscy niech zastanowią się również nad tym, że zadaniem ich (...) powiększenie liczby dzieci Kościoła Chrystusowego, zrodzenie mieszkańców niebiańskich i domowników Bożych, by lud służbie Boga i Chrystusa poświęcony z dnia na dzień się pomnażał.(...)"

Słyszałem opinie, że metody NPR są nieskuteczne i dlatego można je stosować. Moje pytanie brzmi: po co je stosować jeśli są nieskuteczne? W czasie kursów przedmałżeńskich mówi się raczej o tym, jak te metody są bardzo skuteczne. W czym? Ano w unikaniu potomstwa. Ja chodziłem do katolickiego liceum, mieliśmy zajęcia z NPRu i nam się mówiło o tym, że te metody są bardzo skuteczne, a jedynie propaganda koncernów farmaceutycznych powoduje, że uważa się je za gorsze. Jeśli zatem są skuteczne, skutecznie przeciwdziałają prokreacyjnemu charakterowi aktu małżeńskiego, a zatem nie mogą być dobre.

A teraz popatrzmy na fakty: w katolickiej Polsce, przy najniższym wskaźniku aborcji (z czego możemy być dumni), wskaźnik urodzeń jest jeden z najniższych w Europie. Rodziny z 3-ką dzieci uważane są za wielodzietne. Wielodzietność jest pokazywana jako coś patologicznego, złego, co się zdarza tylko ludziom z marginesu społecznego. Czy to nie pokazuje, że chyba jednak nie tędy droga, że zbłądziliśmy, stawiając na "odpowiedzialność rodzicielską" i promocję "katolickiej antykoncepcji", na to by w katolickich domach "planować" każde dziecko i "rozważać", czy powinno ono zostać poczęte?

No więc jakie są te owoce, tak podsumowując? Mentalność antykoncepcyjna wśród katolików, brak ufności Bogu, coraz większy egoizm i konsumpcjonizm, w efekcie rodzi się coraz mniej dzieci, a małżonkowie są coraz większymi egoistami, skupionymi na realizacji swoich celów i spełnianiu swoich potrzeb. Dzieci naprawdę rodzi się o wiele za mało w tej "katolickiej" Polsce. To nie są dobre owoce.

piątek, 3 lutego 2012

Ług farbiarza

Wydawało mu się, że jest twardy… W jego mniemaniu te dwadzieścia lat życia, które przeżył, obfitowały w wydarzenia hartujące ducha i dające dobrą szkołę. Świetnie sprawdzał się na szlaku, mało kto był w stanie dorównać mu kroku. Bez problemu znosił największe wyzwania, wymagające sprawności ale także wytrwałości i samozaparcia. Bez żadnych oporów brał na siebie odpowiedzialność za innych, troszcząc się o każdego, na swój, dość surowy sposób. Gdy kto inny popełnił błąd chętnie brał to na siebie. Nie potrafił chyba okazywać swojej odwagi zbyt ostentacyjnie, dlatego, może nie do końca w sposób wykalkulowany, okazywał ją, biorąc innych w obronę. Później zawsze czuł, że postąpił właściwie.

Wydawało mu się, że nauczył się kochać. Poświęcał się dla innych, chętnie się dzielił tym co najbardziej cenił: swoimi umiejętnościami, doświadczeniem i swoim czasem. Nauczył się, że to co chce zachować dla siebie – traci, a to co daje innym wraca do niego w sposób często zwielokrotniony, w najmniej spodziewanych momentach. Dotychczas jednak zawsze robił coś z przekonaniem. Wydawało mu się, że żegluje po bezkresnym oceanie, a tymczasem dryfował po dużym, co prawda ale jednak akwenie zamkniętym. Robił dla innych to co lubił robić. Pomagał innym bo lubił to robić.

Ale najtrudniej jest kochać , gdy nie masz żadnej pewności, że Twoje czyny odniosą jakikolwiek skutek, że spotkają się z jakimkolwiek przejawem wdzięczności albo innego rodzaju "wynagrodzenia". Są, na przykład, takie sytuacje, które zazwyczaj są dla ciebie nowym doświadczeniem, pozwalają ci się jakoś realizować, rozwijać... Tym razem wiedział, że nie może na nic liczyć jak nigdy wcześniej. Wiedział, że musi się jak gdyby cofnąć o kilka etapów wstecz. Nie miał żadnych złudzeń, że robiąc to się rozwija, wręcz przeciwnie. Nie otrzymywał żadnej reakcji zwrotnej, w zasadzie nie mógł na nią liczyć ale mimo to dawał i trwał. Czasem otrzymywał reakcję odwrotną, mimo to wciąż dawał. Może tliła się gdzieś tam nadzieja, jak u marynarzy Kolumba, którzy płynęli odkryć nową drogę do Indii ale równie dobrze mogliby dopłynąć do końca świata i runąć z okrętami w bezdenną przepaść.

A później ze zdumieniem zaczął odkrywać, że uczy się pewnych rzeczy jak gdyby od początku, jak by już kiedyś to umiał ale bardzo dawno temu. A może nawet nigdy tego nie umiał? Był to ten punkt zaznaczony krzyżykiem na starej, pożółkłej i poprzecieranej mapie, który oznacza miejsce zakopania skarbu. Tak, wcale tego nie umiał…

„Ale kto przetrwa dzień Jego nadejścia i kto się ostoi, gdy się ukaże? Albowiem On jest jak ogień złotnika i jak ług farbiarzy. Usiądzie więc, jakby miał przetapiać i oczyszczać srebro, i oczyści synów Lewiego, i przecedzi ich jak złoto i srebro…”

środa, 21 grudnia 2011

Czy Kościół powinien iść z „duchem czasu”?

Wielokrotnie słyszymy z ust niektórych ludzi, że Kościół Katolicki powinien iść z „duchem czasu”, że powinien bardziej adoptować się do współczesnych potrzeb i być bardziej otwarty na świat. Poglądy te wyrażają zarówno osoby nigdy nie włączone do wspólnoty Kościoła (ciekawe zatem w jakim celu wypowiadają się na Jego temat?), jak i osoby uważające się za katolików, natomiast w sposób jawny podważające Magisterium, a zatem de facto się z niego wykluczające. Są też ludzie, którzy starają się generalnie postępować w życiu zgodnie z zasadami Kościoła lecz, gdyby była możliwość ich erozji, na nowe dictum chętnie by przystali.

Pójście z „duchem czasu”, czy za „znakami czasu” to dla mnie nic innego jak pójście za „światem”. Jest to podążanie za aktualnymi trendami myślenia odpowiadającymi ogółowi społeczeństwa, ze względu na aktualny ogląd sytuacji, w której się ono znajduje. To zjawisko nie musi się odnosić jedynie do naszych czasów. Trzeba podkreślić, że myślenie to ze względu na chwilową „aktualność” może być pozbawione w zupełności obiektywizmu, a także prawdy o człowieku. Ale oczywiście może zawierać również prawdę, jest takie prawdopodobieństwo.

To czy Kościół powinien kierować się w aktualizacji swojej nauki „znakami czasu” czy „duchem czasu”? Postanowiłem odpowiedzi na to pytanie poszukać w Piśmie Świętym. Nie śmiem bynajmniej brać się za szczegółową interpretację poszczególnych fragmentów Pisma. Pozwolę sobie jedynie zestawić fragmenty, które w mojej ocenie nie pozostawiają żadnych złudzeń. Dlaczego właśnie Pismo? Pismo jest źródłem nauki o Kościele (nie jedynym). Jest tym Pismem, któremu moderniści nie mogą zarzucić „przedsoborowości”, gdyż jest fundamentem naszej wiary. W przypadku zanegowania Ewangelicznego przesłania, chrześcijaństwo traci sens. Tym bardziej nie mogą go zanegować katolicy uznający tradycyjne poglądy. Wydaje się, że Pismo Święte może być, w tej sytuacji, doskonałym pomostem.

Zacznę od Świętego Jana, który temat porusza często i dość spójnie:

„A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu” (J 3,19-21)

„Jeżeli mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna.” (J 14,15-17)

„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję.” (J 14,27)

„Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoja własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi. (…) Ale to wszystko wam będą czynić z powodu mego imienia, bo nie znają Tego, który Mnie posłał.” (J 15,18-21)

„Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.” (J 17,14-16)

„Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich.” (J 17,25-26)

Święty Jan w sposób niezwykle wyrazisty i konsekwentnie stawia na przeciwległych biegunach „świat” i Chrystusa oraz Jego uczniów. Po której stronie powinien stać Kościół?

wtorek, 29 listopada 2011

SZCZĘŚCIE ORŁA

W czasie sobotniego Forum Młodych Jacek Pulikowski, znany specjalista z zakresu poradnictwa rodzinnego, plastycznie zobrazował to, co czasem trudno przedstawić. Dlatego pozwolę sobie, te spostrzeżenia opisać. Sprawa dotyczy szczęścia.

Zgodnie z wykładem Pana Jacka szczęście nie jest czymś subiektywnym, zależnym od osobistych preferencji ale jest obiektywną prawdą. Łącząc szczęście z istotą ludzką, czyli tworząc pojęcie „szczęście człowieka”, mamy do czynienia z, jeszcze bardziej określoną prawdą. Człowiek może myśleć, że to co robi kieruje go w stronę szczęścia; więcej, może myśleć, że jest szczęśliwy, a jednocześnie nie doświadczać prawdziwego szczęścia.

Pulikowski posłużył się tutaj bardzo dobrym przykładem orlego pisklęcia chowanego wśród kur. Orzeł, który wychowa się z kurami, który nigdy nie wzbije się w powietrze i będzie dziobał ziarno, nie będzie szczęśliwym orłem. Ten orzeł nie będzie w stanie wyobrazić sobie innego życia, gdyż nigdy innego nie doświadczył, ale on szczęśliwy nie będzie…

Współcześnie jesteśmy często wychowywani w takim otoczeniu i w takiej atmosferze, że możemy nie znać tego co czyni nas prawdziwie szczęśliwymi. Słysząc o tym co może nas czynić szczęśliwymi możemy to odrzucać, gdyż ciężko nam uwierzyć w coś czego nie doświadczyliśmy. Temu orlęciu, chowanemu z kurami, też na pewno ciężko było by uwierzyć, że może wznieść się setki metrów nad ziemię i się nie zabić. Wygląda na to, że oddalenie się współczesnego człowieka od Boga, doprowadziło w istocie do oddalenia się człowieka od siebie samego. Dlatego musimy dziś często wkładać spory wysiłek w poszukiwanie prawdy by ją zacząć odkrywać.

czwartek, 24 listopada 2011

DOKTRYNA WARUNKOWEJ RADOŚCI

Postaram się teraz streścić i skomentować ciekawą doktrynę, sformułowaną przez Chestertona w „Ortodoksji”. Zauważa on, że większość bajek dla dzieci, zawiera pewną regułę, tłumaczącą jak w życiu można osiągnąć szczęście. Jest to ta bajkowa mądrość niczym z przypowieści, którą wychwycić nie łatwo ale dla dzieci jest ona dość oczywista.

"Ton bajkowej wypowiedzi zawsze jest podobny: „Możesz zamieszkać w pałacu ze złota i szmaragdów, jeśli nigdy nie powiesz słowa "krowa"”; albo: „Będziesz żył szczęśliwie z królewską córką, jeśli nigdy nie pozwolisz jej patrzeć na cebulę”."

Odrobinę wcześniej Chesterton nie może się pogodzić z tym, że naukowcy nie zachwycają się cudem Stworzenia. Starają się za wszelką cenę je „uziemić”, znormalizować, uzasadnić poprzez stworzenie „prawa”. Pisarz argumentuje, że to, że np. jabłoń co roku kwitnie, a później wydaje jabłka, jest cudem. I również to, że wiele jabłoni robi to w podobny sposób, co roku i w podobnych porach roku – jest cudem. A teraz wróćmy do bajek. W każdej bajce wg. Brytyjczyka, wielkie sprawy, ogromne szczęście przyprawiające o zawrót głowy, zależą od jednego drobnego czynu, zdarzenia, którego trzeba się wystrzegać. Przypatrzmy się Śpiącej Królewnie: „Będzie żyła długo i szczęśliwie jeśli nie dotknie wrzeciona”. Kopciuszek otrzymał karetę i sukienkę z krainy czarów ale musiał wrócić do domu przed północą.

"Zrozumiałem, że tak samo jest z ludzką radością (…); szczęście zależy od zaniechania czynu którego mógłbyś dokonać w każdej chwili. Na dodatek bardzo często nie jest jasne, dlaczego nie powinieneś tego robić."

Chesterton, podobnie jak i ja, nie widzi w tym żadnej niesprawiedliwości.

"Gdyby trzeci syn młynarza poprosił wróżkę: Wyjaśnij mi, dlaczego nie powinienem stawać na głowie w zaczarowanym pałacu”, miałaby ona prawo odpowiedzieć: „W takim razie ty wyjaśnij, skąd się wziął zaczarowany zamek”. Jeżeli Kopciuszek zapytałby: „Jakim cudem mam wyjść z balu o północy?”, jej matka chrzestna mogłaby odpowiedzieć: „A jakim cudem możesz na nim być do północy?”."

Dalej Chesterton zauważa, że żadne z wymagań, na które miałby przystać nie mogłoby być dziwniejsze niż sam fakt możliwości np. posiadania na własność skrawka ziemi, życia, oddychania, śmiania się itd...

"Wytrwanie przy jednej kobiecie to niewielka cena za możliwość ujrzenia kobiety w ogóle. Narzekanie, że wolno mi się tylko raz ożenić, przypominało według mnie narzekanie, że wolno mi się było tylko raz urodzić. Cała ta gadanina wydawała mi się zupełnie niewspółmierna do niezwykle ekscytującej sprawy, o jakiej mówiła."

„Człowiek jest głupcem, który narzeka, że nie może wejść do Edenu pięcioma bramami na raz”

Chesterton zauważa, że zwykły śpiew ptaków jest tak bajkowym cudem, że ludzie by go usłyszeć powinni pościć 40 dni i nocy! Nie mówiąc już o wiele istotniejszych sprawach takich jak życie wieczne, czy szczęście tu na ziemi. A okazuje się, że dla wielu z nas czekanie do ślubu po to by "ujrzeć" kobietę jest zbyt dużym wyzwaniem. Prawdziwa, wierna i ofiarna miłość jest czymś tak wielkim i wspaniałym, że doprawdy trudno oczekiwać by nie wymagała od nas kilku drobnych warunków do spełnienia.

Tak często patrzymy na zakazy moralne jako na coś co nas ogranicza, a przecież przestrzeganie ich prowadzi do nieskończonego szczęścia już tu, w życiu doczesnym. Czy ład moralny nie jest jakimś niesamowitym cudem? Czasem wracasz zmęczony i zdenerwowany do domu, próbujesz być miły dla innych ale bez zrozumienia, bo to, bo tamto... Twoje intencje odbierane są wręcz na opak. Czy ta wolność, która pozwala Ci mimo wszystko zareagować miłością i poświęceniem, która daje ci ogromną radość, nie jest cudem?

Polecam "Ortodoksję" Chestertona ;)

Sos pomidorowy po generalsku

2 słodkie papryki
2 cebule
2 kartoniki przecieru pomidorowego po 500g
1 jajko
100 g żółtego sera
bazylia, sól, pieprz
łyżka oliwy
szklanka wrzącej wody

Cebule i papryki drobno posiekać, wrzucić na patelnię z rozgrzaną oliwą, posolić i popieprzyć, dusić pod przykryciem, aż zmiękną. Do garnka wlać wodę, dodać zawartość patelni, a następnie dodać przecier. Teraz wrzucamy dużo bazylii, trochę soli, można dodać też inne przyprawy. Gdy zacznie się gotować dorzucamy starty ser i jajko i intensywnie mieszamy aż zetnie się jajko. Podajemy z makaronem, pycha!

sobota, 19 listopada 2011

RODZINA KOLEBKĄ POWOŁAŃ I ŚWIĘTOŚCI

To wniosek, który rodzi się po przestudiowaniu życiorysu rodziny Ledóchowskich. Antoni Ledóchowski, rotmistrz huzarów wraz z małżonką Józefiną wychowali sześcioro dzieci, z czego czworo wybrało stan zakonny: Św. Urszula, bł. Maria, Ernestyna oraz Włodzimierz, przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego. Co więcej kandydatem na ołtarze jest ich kolejne dziecko Ignacy, który był generałem dywizji w polskiej armii. Z pośród czwórki dzieci Ignacego, dwoje wybrało stan zakonny. Jego córka, zakonnica, mówiła o nim, że tak jak nigdy w swoim życiu nie opuścił pacierza, tak chyba nigdy nie skłamał. Te wspaniałe przykłady katolickich rodzin wcale nie są odosobnione, ani nie są jedynie polską specyfiką. Francuska rodzina Martin była miejscem wzrastania 5-ciorga późniejszych zakonnic.

W świadectwie życia tych rodzin odnajdujemy szczytową realizację powołania małżeńskiego, odpowiadającą na naukę Kościoła: „Nadto Bóg pragnie, by ludzie rozmnażali się, nie tylko w tym celu, by istnieli i zapełniali ziemię, lecz daleko więcej w tym celu, by byli czcicielami Boga, poznawali Go, miłowali i posiadaniem Jego na wieczne czasy cieszyli się w niebie.” (Encyklika „Casti Connubi”, Pius XI)

Pozwólcie, że teraz dokonam karkołomnego odwrócenia mojego toku myślenia.

Współcześnie powszechne jest przekonanie o kryzysie powołań, to samo tyczy się zresztą kryzysu rodziny. Chyba tutaj się zgodzimy, choć świadomość w tym zakresie jest różna, bardzo różnie definiujemy współczesny kryzys rodziny. Niektórzy rozpatrują go w kategoriach kryzysu ojcostwa bądź męstwa, kryzysu odpowiedzialności i dojrzałości. Inni problem dostrzegają w feminizacji społeczeństwa czy Kościoła (bo o tę konkretną społeczność mi chodzi), czyli wyparcie pierwiastka męskiego przez zbytnie skupienie się na jednym pierwiastku, pierwiastku żeńskim. Z kolei inni zauważą, poniekąd słusznie, że jedno z drugim się łączy. Mało kto widzi kryzys macierzyństwa mimo, że jest bardzo wyraźny i znamienny. Nieodpowiedzialność, niedojrzałość, niegotowość do podjęcia wyrzeczeń na rzecz drugiego człowieka, tak samo często dotyka współczesne kobiety, jak i współczesnych mężczyzn. Tak samo jak możemy mówić o wiecznych „Piotrusiach Panach”, możemy mówić o wiecznych „Pippi Langstrumpf”, mających jedno podstawowe oczekiwanie od życia – wiecznej zabawy. Chęć spróbowania jak największej ilości doświadczeń bez ponoszenia żadnych konsekwencji, żadnej odpowiedzialności. Oczywiście ku swojej zgubie, gdyż nie zostaliśmy stworzeni przez Boga do życia tylko dla siebie. Zazwyczaj wcześniej czy później zbłąkana dusza budzi się i odkrywa, że te wszystkie lata beztroski to lata stracone, a życie to gra z jednym „game over” bez możliwości powtórek.

Wracając do sedna, związek między kryzysem powołań, a kryzysem rodziny rysuje się mocniej. Widzimy też kryzys kapłaństwa jako wybranego już powołania. Narzekamy na księży, którzy nie są wierni Ewangelii, którzy poszli na kompromis ze „światem”, mimo że królestwo Chrystusa nie jest z tego świata. Jeśli pasterze są rozpierzchnięci to jakże zadbać o owce? Kryzys kapłaństwa rzutuje na cały Kościół. Jednakże kapłani nie spadają nam z nieba. Powołania kapłańskie i zakonne dojrzewają w konkretnych rodzinach. Póki nie uzdrowimy katolickich rodzin, póty nie możemy się spodziewać, że poprawi się ilość i jakość powołań.

Co możemy zrobić poza modlitwą by mieć więcej powołań kapłańskich i zakonnych? Co możemy zrobić by nasi duchowni byli wiernymi świadkami Chrystusa? Zakładajmy dobre, święte rodziny!

niedziela, 9 października 2011

Demokrata niekonsekwentny

„Demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale jest najlepszy, jaki dotychczas istnieje”, tak, wierzę w to. W szkole tak mówili. Wszyscy tak mówią, muszę się jakoś z tym oswoić, że nie jest idealny. Zresztą jaka jest niby alternatywa? Powierzać całą władzę w ręce jednostki? Brrr… Boję się! Strach myśleć! Ktoś miałby mną rządzić? Cała władza? Ja nie miałbym na to żadnego wpływu? Niby teraz też mam nie bardzo, i ktoś mną rządzi…, ale mam przynajmniej wrażenie, że mogę mieć na to wpływ. Ludzie dużo potrafią oddać za choćby namiastkę czegoś, ułudę, chodzą do kin na horrory i komedie romantyczne, żyją w świecie internetu i gier komputerowych, wszystko to doskonale wypełnia ich życiowe braki i jest w 100% bezpieczne, nawet lęk wywoływany w czasie horrorów jest pod ścisłą kontrolą.

W szkole uczyli mnie, od małego, że cywilizacja to antropocentryczne Oświecenie, wcześniej było ciemne Średniowiecze! Na pewno tak jest, bałbym się wracać do tych mroków, bałbym się… Może to były dobre czasy dla bohaterów ale nie dla zwykłych ludzi. Rządy monarchy albo co gorsza Kościoła? Miałbym oddać coś co jest istotą naszej cywilizacji, władzę ludu, zwyczajności i wrażenie złudnej kontroli, hamulec bezpieczeństwa? Wszyscy powtarzają, że nasze państwo jest neutralne światopoglądowo, nie bardzo rozumiem co to znaczy ale to chyba to, że Kościół nie może mieszać się do polityki. Lepiej niech się nie miesza, to nasza rzecz! Teocentryczne średniowiecze już się skończyło!

Czy wiem na kogo zagłosować? Nie wiem…, jedni kradną, inni od razu wzniecili by przeciw ruskim powstanie, boję się… Nie wiadomo co gorsze… Nie wiem, nie idę…, mam to gdzieś, włączę telewizor, może zapomnę!


Kowalski (statystyczny)

wtorek, 17 maja 2011

Na tym tracimy wszyscy

Współcześnie, w katolickich środowiskach akademickich panuje moda na organizowanie konferencji o miłości, o relacjach kobieta-mężczyzna. W tej modzie nie było by nic niepokojącego gdyby nie to, że moim zdaniem, na tych konferencjach zbyt akcentowane są jedne kwestie, a pomijane inne, o czym częściowo już traktował mój poprzedni wpis: http://okiemgenerala.blogspot.com/2011/05/mezczyzna-ojciec-i-kapan.html
Teoretyzowanie o dorastaniu i dojrzewaniu do miłości bez działania, bez realnych relacji z innymi ludźmi, bez poświęcania się dla innych pozostaje nigdy nie spełnionym marzeniem.

„Podłoże klęski stanowi potężna miłość” - jak napisał na swoim blogu Zbigniew Korba.
http://zbigniewkorba.blogspot.com/2010/10/podoze-kleski-stanowi-potezna-miosc.html
Na akademickich konferencjach mamy do czynienia cały czas z oderwanym od rzeczywistości modelem relacji międzyludzkich, pozbawionych odpowiedzialności, realiów życia, a także naszej ludzkiej ułomności. Z jednej strony mówi się o tym, że miłość to nie uczucie, że to wybór, słowo, odpowiedzialność. Z drugiej strony mówi się, że mężczyzna ma odrzucić rozsądek, i rzucić wszystko w imię uczuć (kobieta nie musi tego robić, gdyż uczucia są dla niej czymś o wiele bardziej naturalnym).
Tworzy się znowuż wizję mężczyzny jako natury z góry ułomnej, dla którego jedyną drogą do dojrzałości jest zerwanie ze swym racjonalizmem i przywiązaniem do zasad, i wciągnięcie się w wir uczuć, namiętności. Jak wiemy, mężczyzna sam z siebie jest zdolny do rzeczy jedynie małych, mizernych. Po powrocie z pracy jego najwyższym pragnieniem może być tylko: siedzenie przed telewizorem, czytanie gazety i popijanie piwska – to jest szczyt jego najwznioślejszych ambicji. Taką jedyną alternatywę przedstawia się nam mężczyznom, jeśli nie odrzucimy swej natury i nie damy się porwać uczuciom!

No więc tworzy się pewien mit, że miłość to jest coś co się ogranicza (niemalże) do romantyzmu, liścików, słodkich słówek, namiętności, pomijając o wiele istotniejsze kwestie. Pomijając chociażby dar z siebie, ofiarowanie swojej odmienności, swych specyficznych predyspozycji i zdolności, które są różne i naprawdę kobieta może być daleko kimś więcej niż jedną emocjonalną burzą, i naprawdę mężczyzna może być kimś daleko więcej niż kibicem w kapciach, zawsze wycofanym z życia. Niestety w obowiązującym współcześnie modelu rodziny nie ma miejsca na wolność, indywidualność, miłość i odpowiedzialność. Rodzina już nie jest podmiotem, tak jak to było do tej pory. Rodzina się nie liczy, jej interes nie istnieje. Teraz już liczy się tylko jednostka, tylko jej prywatna realizacja i jej interesy. Ułomne jednostki i ich ułomne interesy. Tam gdzie nie ma wspólnoty, nie może być mowy o miłości i odpowiedzialności za drugiego człowieka, ale teraz już liczy się tylko i wyłącznie „realizacja” jednostki. Cóż to jest ta realizacja, w oderwaniu od nieskończonego szczęścia, jakie zapewnia kochająca się, spójna, dająca poczucie bezpieczeństwa rodzina?
"(...)spotykamy się z niezwykle dziwną sugestią, że ta ucieczka z domu jest ucieczką ku większej wolności (...). Oczywiście dla każdej myślącej osoby sprawa przedstawia się zupełnie odwrotnie. (...) To właśnie świat poza domem jest światem, którym rządzi surowa dyscyplina i rutyna, i tak naprawdę tylko w domu można znaleźć miejsce na indywidualność i wolność". (G. K. Chesterton, "Rzecz pierwsza, czyli dlaczego jestem katolikiem")

Równouprawnienie, tzw. partnerstwo to nic innego jak związek samotnych osób (celowo nie używam określenia „małżeństwo”). Jest to zrezygnowanie z wielce ważnych i odpowiedzialnych, odmiennych i wyjątkowych ról na rzecz przygnębiającej przeciętności.
Pius XI w Casti Connubi (Encyklika o małżeństwie chrześcijańskim) tak pisze o „emancypacji” kobiet: doprawdy fałszywe to wyzwolenie i nienaturalne zrównanie z mężem jest raczej zgubą niewiasty. Stąpiwszy bowiem z iście królewskiego tronu w obrębie domu, na który Ewangelia kobietę wyniosła, popadnie owa kobieta rychło z powrotem w dawną niewolę (może mało widoczną, niemniej jednak rzeczywistą) i będzie znowu tym, czym była w pogaństwie: zabawką mężczyzny.
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_xi/encykliki/casti_connubi_31121930.html

Oboje małżonków tracąc swoje tradycyjne role traci ten iście królewski tron, otrzymany przez Boga w Sakramencie Małżeństwa. Teraz, z perspektywy dziejów możemy orzec, że „emancypacja” kobiet, powoduje również erozję powołania, „emancypację” mężczyzny. W wyniku zachwiania właściwego porządku, zniszczenia tej siły domu rodzinnego, tego ciepła, tej przestrzeni wolności, które tworzyła niewiasta z pomocą mężczyzny (a jakże), mężczyźni czują się coraz mniej związani z rodziną, i są coraz mniej w niej obecni: jeśli nie fizycznie to intelektualnie, emocjonalnie, sprawczo. To samo dzieje się z dziećmi, które współcześnie bardzo często z domu rodzinnego uciekają i nie czują się z nim wcale związane. Zresztą nikt nie ukrywa, że „emancypacja” jest wymierzona również w rolę mężczyzny i w rodzinę, to jest oczywiste. Tracimy na tym wszyscy.

Moje pytanie brzmi: dlaczego w środowiskach katolickich zamiast tradycyjnej nauki o rodzinie karmimy się romantycznymi, łzawymi marzeniami o pozbawionych wszelkiej odpowiedzialności romansach?

środa, 11 maja 2011

Mężczyzna - ojciec i kapłan

Tyle działo się ostatnio, że od dwóch tygodni nie mogłem podzielić się refleksją dotyczącą bardzo dobrej nauki rekolekcyjnej, w której miałem przyjemność uczestniczyć. Problem, który dostrzegam w Kościele i jest to problem coraz mocniej dający się zauważyć, to realna feminizacja Kościoła. I nie chodzi tu tylko o formy i uczestnictwo w praktykach religijnych ale również o nauczanie ludzi związanych w jakiś sposób z Kościołem. Wydaje się, że wielu ludzi Kościoła padło ofiarą ideologii emancypacji kobiet, specyficznemu feminizmowi. Nie w znaczeniu typu zapewnienie równości w jakichkolwiek prawach, prawach które w ostatnich wiekach stały się czymś zupełnie względnym, nieuzasadnionym. Wcześniej prawa opierały się na prawie naturalnym. Współcześnie mówi się o prawie do głosowania, do realizacji zawodowej, do opieki zdrowotnej, do szkolnictwa publicznego. Na tej zasadzie równie dobrze można wymyślić sobie każde „prawo” i wmówić ludziom, że ktoś im jest winien tego prawa np. prawo do zasiłków drożyźnianych, prawo do obowiązkowych szczepień przeciwko świńskiej grypie, prawo do własnego mieszkania, prawo do refundacji "in vitro" itd… Wcześniej prawo określało swobodę obywatela czyli możność, brak ograniczeń. Dziś „prawo” jest szeregiem roszczeń, które „państwo prawa” ma obowiązek spełnić. Jest to pseudomożność, w istocie nakłada ono ograniczenia, narzuca „prawa”, które stają się obowiązkiem. Już nie możesz wybrać czy chcesz ubezpieczyć się społecznie, zdrowotnie, czy chcesz posłać dzieci do szkoły – musisz to zrobić.

Chodzi tu o zupełne przejęcie przez ludzi Kościoła kobiecego punktu widzenia. Kościół zniewieściał. Wielu katolików uwierzyło w to, że geniusz kobiecy jest ważniejszy dla świata, niż geniusz męskości, podczas gdy oba są tak samo ważne! Wielu uwierzyło w to, że kobiece: intuicja, ciepło i nadrzędność osobowych relacji są istotniejsze z moralnego punktu widzenia niż stałość, wierność zasadom i racjonalizm mężczyzn. Wielu uwierzyło, że nieuporządkowany popęd seksualny mężczyzn jest czymś o wiele bardziej grzesznym niż poddawanie się nieuporządkowanym emocjom przez kobiety. Wielu wreszcie uwierzyło, że wiara jest aktem opierającym się przede wszystkim na emocjach, podczas gdy przecież to akt woli jest najważniejszy, a dopiero w drugiej i trzeciej kolejności rozum i emocje, które mają to do siebie, że są niestałe i mogą człowieka zwodzić. Od półwiecza trąbi się w Kościele o geniuszu kobiety, a męski pierwiastek jak gdyby został zapomniany. A przecież nie da się nic stałego zbudować na tym świecie bez tegoż pierwiastka! Wprowadza to duży zamęt, nie jest prawdą, że mężczyźni nie chcą uczestniczyć w Kościele. Chcą, problem w tym, że Kościół ich nie chce! Dlaczego? Może dlatego, że mężczyźni są trochę bardziej wymagający w opiece duszpasterskiej niż kobiety? Zadają trudne pytania, mniej ufają emocjom, kapłani musieliby więcej czytać, lepiej się formować. Może to dlatego? A może właśnie wszyscy daliśmy się zahipnotyzować emancypacyjnym hasłom, które wmawiają nam, że tradycyjne role kobiece są uwiązaniem, a męskie wolnością, prawami jednostki? Może wszyscy uwierzyliśmy w to, że mężczyzna i kobieta nie dostali odrębnych bardzo ważnych zadań, ról do wypełnienia? A może uwierzyliśmy w to, że tylko kobieta otrzymała specjalną misję od Boga, a mężczyzna nie gra żadnej specjalnej roli poza zapłodnieniem, wtedy tylko gdy Ona chce posmakować macierzyństwa?

Na cóż mężczyzna we współczesnym świecie?

Powołaniem każdego mężczyzny, bez względu na to jaką ostatecznie wybierze drogę do Boga, jest być zarówno kapłanem jak i ojcem. Czy to jako ksiądz, czy to jako mąż i biologiczny ojciec. W obu rolach mężczyzna jest nie do zastąpienia!

Mężczyzna, który zdecydował się pełnić posługę księdza jako kapłan powinien stać na czele zgromadzenia, wspólnoty, świadczyć o Chrystusie poświęcając Mu się w sposób całkowity. Być tym, który wskazuje ciasną bramę („Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!” Mt 7,14), nie bać się mówić o rzeczach niepopularnych, nazywać rzeczy po imieniu, być skałą, na której każdy katolik może oprzeć swą wiarę. Winien być „Lwem” walczącym o ciągłe przypominanie prawdziwego, niezmiennego Ewangelicznego przesłania. Z drugiej strony każdy ksiądz powinien być jednocześnie łagodnym i miłującym ale wymagającym ojcem. Traktować dzieci swego kościoła, swoje owieczki z takim oddaniem jak miłujący ojciec służy swojej rodzinie, być darem dla każdego spotkanego człowieka, być umocnieniem dla wierzących.

Mężczyzna, który zdecydował się założyć swoją rodzinę, powinien oczywiście być przede wszystkim mężem i ojcem. Ojcem czyli tym, który potrafi z miłością i dobrocią obiektywizować rzeczywistość, łagodzić emocjonalne burze, budować bezpieczeństwo zewnętrzne dla całej swoje rodziny poprzez swój rozwój i działalność, zaangażowanie w życiu społecznym, w zmianę świata na lepszy. Świata na zewnątrz domu (domu w znaczeniu = rodzina) w odróżnieniu od kobiety, która jest powołana do zmiany świata przede wszystkim przez działania wewnątrz rodziny, wspólnoty, nie jest powołana do toczenia wojen, dlatego tak ważne zapewnienie jest bezpieczeństwa zewnętrznego przez mężczyznę. Zapewnienie bytu materialnego to mała cześć tego wezwania. Dzięki większej zdolności do zdrowego, obiektywnego osądu, oddzielonego od emocji winien utrzymywać właściwy kierunek tego statku, którym jest rodzina, by przebyć bez szwanku wszelkie życiowe zawieruchy.

Wreszcie winien być kapłanem swojego domu, czyli tym który przewodzi wspólnocie rodzinnej na drodze do zbawienia. Tylko On otrzymał od Boga tę władzę. Można się przeciw temu buntować ale póki tego nie zaakceptujemy nasze rodziny będą przeżywały kryzys. Tylko ojciec (dojrzały mężczyzna), wewnętrznie uporządkowany i silny fizyczne, obiektywizujący przed dziećmi rzeczywistość, który klęka przed majestatem Najwyższego jest w stanie pociągnąć za sobą do Chrystusa całą rodzinę! Tylko jego świadectwo jest w równym stopniu ważne dla synów i córek, wreszcie tylko On ma władzę nadania swoim dzieciom prawdziwej tożsamości poprzez afirmację lub odrzucenie. Matka (poza skrajnymi przypadkami) kocha dzieci miłością bezwarunkową, bezgraniczną, emocjonalną. Nie potrafi, w krytycznych dla dzieci momentach odpowiednio się zdystansować. Nie jest w stanie nauczyć dzieci być wolnymi dając im swobodę i ukazując twarde zasady gry. Tylko ojciec ma ten dar. Moc ojcowskiego błogosławieństwa znana ze Starego Testamentu jest faktem. Dlaczego katolicy tak mało o tym mówią? Czy tak niewielu z nas miało dobre relacje ze swoim ojcem?